Jan Byrczek, wspomnienie


Tekst Jan Byrczek, „Jazz – moje życie, Wspomnienia, zapiski, refleksje”, Kraków 2012/13, Fot. Andrzej Rumianowski, Fot. Tomasz Lach



90. urodziny obchodziłby dzisiaj Jan Byrczek, legendarny kontrabasista (Jazz Believers, Krzysztof Komeda Trio, Andrzej Kurylewicz Quartet), prezes Polskiej Federacji Jazzowej, sekretarz Europejskiej/Międzynarodowej Federacji Jazzowej, założyciel i pierwszy redaktor naczelny Jazz Forum, jeden z założycieli AmerBanku.





Jan Byrczek – wspomnienie:
Urodziłem się 23 czerwca 1936 roku w Chełmie niedaleko Oświęcimia. Swoje dzieciństwo do 13 roku życia spędziłem w Jeleniu, wiosce górniczej blisko Jaworzna. Mama opowiadała mi, że gdy rodziłem się, słyszała w radiu śpiew Jana Kiepury. Może to anegdotyczne wydarzenie, a może piosenki śpiewane prawie całymi dniami przez moją Matkę obudziły we mnie zamiłowanie do muzyki? Nie pamiętam, ale wiem, że czułem ją od dzieciństwa i towarzyszy mi przez całe życie…
Wioska Jeleń, gdzie spędziłem swoje dzieciństwo, to malownicze osiedle górnicze, a właściwie wieś położona nad rzeką Przemszą około 50 kilometrów od Krakowa. Mieszkańcami byli w większości górnicy pracujący w kopalniach węgla Sobieski i Kościuszko w Jaworznie
Było nas dzieci czworo. Oprócz mnie, troje młodszego rodzeństwa: siostra Janina oraz bracia Wiktor i Lucjan. O muzykalności moich rodziców i ich potrzebie obcowania z muzyką niech świadczy to, że cała nasza czwórka uczyła się grać, Ja na akordeonie, siostra na skrzypcach, Wiktor na trąbce, Lucjan na perkusji, Gdy ja zaczynałem grać ze słuchu na harmonijce ustnej, miałem pięć lat i już umiałem zagrać modny przebój O Marianno.
Moja Mama namówiła ojca, by kupił mi mały akordeon i Ojciec zaczął wozić mnie na rowerze do nauczyciela, muzyka amatora, w pobliskim mieście Jaworzno.
I tak zaczęła się moja edukacja muzyczna z nut miałem wtedy siedem lat







 
 
 

W 1946 roku nasza Mama zachorowała i lekarz zalecił jej pobyt w górach. Nie było na to pieniędzy… W przepełnionym pociągu ja grałem na akordeonie a siostra śpiewała. Znaliśmy dużo piosenek żołnierskich i innych. Nasze występy bardzo się ludziom podobały i dawali nam trochę pieniędzy, które oddawaliśmy ojcu na leczenie Mamy.
W Chabówce zamieszkaliśmy u sąsiadów stryja w starym góralskim domku z ogródkiem i stadem baranów, czuliśmy się tam dobrze. W niedalekiej Rabce co tydzień odbywały się targi. Przyjeżdżało na nie mnóstwo ludzi, a wśród nich zjawiali się też, jak mówili, leśni partyzanci walczący jeszcze z ukrycia z powstającym ustrojem. Przy placu targowym była gospoda, zwykle pełna kupców i sprzedawców. Grałem im popularne wtedy piosenki partyzanckie i żołnierskie: Rozszumiały się wierzby płaczące, Serce w plecaku i wiele innych, Ludzie słuchali wzruszeni i wrzucali do specjalnego kapelusza drobne datki.
Któregoś dnia spotkało, mnie coś dziwnego. Do ojca podszedł jakiś lepiej od innych ubrany człowiek, przedstawiając się jako polski góral z Chicago. Moje granie tak mu się spodobało, że postanowił mnie kupić i adoptować. Ojciec początkowo się nie zgadzał, ale po chwili zaczął się targować. „Ile by Pan dał?” „Milion” – padła odpowiedź. Ojciec pokręcił głową i powiedział „Nie”, ale po chwili zaproponował kwotę dwóch milionów. Byłem kompletnie zaskoczony i trochę wystraszony, nie wiedziałem, czy martwić się czy cieszyć. Do tej transakcji nie doszło, a ja do dziś nie wiem, co o tym myśleć…

Jan Byrczek odszedł 10 listopada 2019 w Myślenicach. Pochowany został w Alei Zasłużonych na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie.
 
 
Tu zobacz wpis z pogrzebu Jana Byrczka,
tekst Paweł Brodowski