Julia Sawicka w Operze Kameralnej

Oprac. Andrzej Rumianowski, Fot. Andrzej Rumianowski



Nowa scena Warszawskiej Opery Kameralnej znajduje się w wyjątkowym miejscu, to dawny basen wzniesionej w 1934 roku siedziby polskiego oddziału chrześcijańskiej organizacji YMCA.
Cudem ocalały z Powstania Warszawskiego budynek, przetrwał jako relikt nie istniejącego już świata.
Pisał o nim między innymi Leopold Tyrmand:
(...) Otóż mieszkam w dawnym gmachu Polskiej YMCA, przy ulicy Konopnickiej, tuż obok Placu Trzech Krzyży. Zaraz po wojnie (...) gmach ten był towarzyskim i rozrywkowo-kulturalnym centrum Warszawy.



12 czerwca 2019 r. gości na widowni przywitała Dyrektor Opery Kameralnej, dr Alicja Węgorzewska-Wiskerd tymi słowami:

Basen Artystyczny, historycznie związany z YMCA wraca na kulturalną mapę Warszawy. Zaproponujemy Państwu scenę alternatywną, scenę jazzową, fonograficzne debiuty , ale także światową prapremierę, którą w tej chwili tworzy Krzesimir Dębski.
Uroczyste otwarcie Basenu Artystycznego 26 maja 2019 r. uświetnił koncert Leszka Możdżera z towarzyszeniem orkiestry Opery Kameralnej.

Dzisiaj, (12 czerwca 2019 r.) zapraszamy Państwa na koncert Julii Sawickiej: Za sen mój chodzę na czereśnie, który otwiera cykl koncertów: Fonograficzne debiuty.




Do muzycznego projektu Julia Sawicka zaprosiła:
- pianistę i kompozytora Andrzeja Koniecznego,
- kontrabasistę Żenię Betlińskiego,
- perkusistę Adama Zagórskiego,
- gitarzystę Tomasza Ślotałę
- akordeonistę Jarosława Buczkowskiego.

Album „Za sen mój chodzę na czereśnie” powstał z fascynacji poezją Tadeusza Nowaka (1930 – 1991). Większość utworów na płycie skomponowano do słów psalmów tego niezwykłego, a nieco zapomnianego dziś twórcy.

Na scenie Opery Kameralnej z Julią Sawicką zobaczyliśmy i usłyszeliśmy:
- pianistę i kompozytora Andrzeja Koniecznego,
- gitarzystę Tomasza Ślotałę,
- kontrabasistę Żenię Betlińskiego,
- perkusistę Adama Zagórskiego,
- oraz akordeonistę Jarosława Buczkowskiego.

Julia Sawicka, wokalistka i pianistka, leszczynianka o bardzo zmysłowym głosie.
Tak napisał o niej Sylwester Podgórski:

,, Julia Sawicka jest bardziej jazzowa niż Norah Jones, bardziej optymistyczna od Cassandry Wilson, a klimatem nagrań dorównuje Dianie Krall"

I nie ma w tym za grosz przesady, bowiem Julia Sawicka kreując własną wizję jazzu, tworzy intymny świat, w którym ludzkie uczucia dochodzą do głosu rozpisane na nuty i frazy.

W wywiadzie dla magazynu „Jazz Forum” zdradziła, że odkąd pamięta, wiedziała, że muzyka będzie zawsze z nią, tudzież ona z nią.
Aczkolwiek jej dzieciństwo naprzemiennie wypełnione było artystycznymi formami plastycznymi – tworzeniem batików, drzeworytów czy linorytów – do pewnego okresu były to zajęcia prawie tak istotne, jak muzyka.

Postawiła jednak na muzykę.

I świetnie, bo ta decyzja procentuje tym, że mamy na muzycznej scenie, tej nie stroniącej od swingującej blue nuty, postać szczególną.

Zapytana o inspiracje mówi wprost:

– Inspiracją są emocje, uczucia, które doświadcza każdy z nas, z taką małą różnicą, że każdy z nas inaczej odczuwa.

Wewnętrznie inspiruje mnie świat, który nas otacza, ale ten naturalny.

Harmonia, w której moglibyśmy się zatopić i odszukać czasem samego siebie.

Nie mam na myśli izolowania się, lecz pewną świadomość życia.

Kiedy wsłuchać się w niezwykły album „Za sen mój chodzę na czereśnie”, który jest mariażem znakomitej muzyki z nie mniej pięknymi psalmami zmarłego przed 28 laty Tadeusza Nowaka, odkryjemy jej świat fascynacji takimi postaciami kobiecej jazzowej wokalistyki jak Nancy Wilson, Dianne Reeves, Cassandra Wilson.

Ale ona sama zdradza, że jest w jej muzyce coś z John Patitucci, czy Avishai Cohen.

Być może album nie byłby tak bogaty brzmieniowo, gdyby nie szerokie horyzonty stylistyczne Sawickiej, bowiem równie jak ikony jazzu, bliskie są jej postacie Lauryn Hill, Sade, czy Prince’a.

Ale czy w tym kontekście zaskakuje zdanie: Muszę wspomnieć o artyście, którego płytę zawsze mam w samochodzie, towarzyszącym mi, mogłabym rzec, od dawien dawna – jest nim Mieczysław Fogg.

Ale najważniejsza wydaje się tu być inspiracje poezją.

Strofy krakowsko – warszawskiego twórcy roją się od aniołów, żebraków, władców, uczłowieczonych zwierząt i roślin, które nie zawsze tylko milcząco nam się przyglądają.

Pachną ciężko oddychającą ziemią i krochmaloną suknią młodej dziewczyny, gotującej się do dorosłości.

Spoza tej bogatej w ornamenty mitologii wyziera też oczywiście muzyka.

Raz przygrywająca nam do odwiecznego tańca tandetnie, wręcz hałaśliwie, niczym wiejski grajek, co instrumentu dostroić nie zdołał.

Innym razem, subtelnie nad wyraz, prawie niebiańsko, wyrzucając z siebie dźwięki o nieziemskim pochodzeniu.

Bo Nowak ma wyjątkowy słuch. Dlatego i my słuchajmy.

W takie podróże nie zabierze nas wielu poetów.
O takich słowach się nie zapomina.

A na koniec bodaj jeden z głównych atutów Sawickiej – wszechstronność.

Czy to frazy Stinga czy klasyka Krzysztofa Komedy, podobnie jak ikoniczne standardy gdzieś z delty Missisipi, we wszystkim wokalistka wypada autentycznie, a jej kreacja nie nosi stygmatu pozy czy stylistycznej kalki.

Ona jest sobą, a to w dzisiejszych czasach nie jest nagminne.



Zakończenie koncertu promującego płytę:
Za sen mój chodzę na czereśnie

Julia Sawicka w Warszawskiej Operze Kameralnej przed plakatem reklamującym koncert.
Artystka trzyma w dłoniach swój portret, autorstwa Andrzeja Rumianowskiego, wykonany 7 sierpnia 2016 r. podczas Międzynarodowych Warsztatów Jazzowych: International Jazz Workshop w Lesznie,
których organizatorem jest Fundacja Pro Musica, prowadzona przez Julię Sawicką.