Komeda. Cały ten czas. Spektakl w teatrze IMKA

Oprac. Radosław Czapski na podst. jazzforum.com.pl Fot. Andrzej Rumianowski

Spektakl Komeda w teatrze IMKA w Warszawie
Fot. Andrzej Rumianowski, styczeń-luty 2017

Spektakl Komeda w teatrze IMKA w Warszawie
Fot. Andrzej Rumianowski, styczeń-luty 2017

Spektakl Komeda w teatrze IMKA w Warszawie
Fot. Andrzej Rumianowski, styczeń-luty 2017


Komeda. Cały ten czas
Krystyna Gucewicz

Recenzja spektaklu teatralnego
„Komeda” – Jarosław Murawski / reż. Lena Frankiewicz
Teatr IMKA w Warszawie, ul. Marii Konopnickiej 6.
styczeń – luty 2017
Premiera miała miejsce 13 stycznia 2017

Filozofia góralska ma na to wszystko przemądrą refleksję: byli chłopcy byli, ale się minęli…

Pytanie: co nam zostało z ich lat? Czy potrafimy pamiętać, zrozumieć tamte ślady, docenić, twórczo przetwarzać? I co w związku z tym? Tylko encyklopedie, płyty i sentymenty, a może zwykła sensacja i plotki? Obraz blaknie, świadkowie odchodzą, legenda szarzeje. I – jak to bywa – co jakiś czas ktoś, dlaczegoś przywołuje temat. Powiedzmy Komeda.

To jest dobre nazwisko na afisz. Skwapliwie skorzystał z tego teatr, wystawiając (koprodukcja łódzkiego Nowego i warszawskiej IMKI) spektakl pod tytułem „Komeda”. Jak sami twórcy tłumaczą, rzecz miała być totalna. Muzyka, geniusz, emigracja, „wolność wypowiedzi artystycznej”, rekonstrukcje archiwalnych nagrań, „Niewinni czarodzieje” – cały ten czas. Komeda w dramatycznym, amerykańskim epizodzie, z Hollywoodem, Hłaską, Polańskim, Frykowskim (a za plecami zbrodnia bandy Mansona). I jeszcze „zmiany, jakie zachodzą w polskiej kulturze”. Mój system ostrzegawczy włączył alarm. Podejrzenia o flirt z poetyką kolorowych pisemek potwierdziły się w pierwszych minutach przedstawienia: jak w reklamie padały gęsto tamte sławne nazwiska , streszczano tamte sławne losy…

Aha, pomyślałam. Będzie sit-com. Jednak potem zdobyłam się na reprymendę wobec siebie. Przecież minął tamten świat, przeszło tyle pokoleń, generacji i trzeba po prostu wygłosić wprowadzenie. I tak się stało w teatrze. Na marginesie: ciekawe byłoby zestawienie wrażeń i refleksji dzisiejszej młodzieży, ich rodziców i dziadków z pokolenia Października ’56. Jedno jest pewne, my, buntownicy Marca ’68, przyszliśmy na przedstawienie z pobudek sentymentalnych, szczęśliwi, że spotykamy się tak licznie (Namysłowski, Jagodziński, Sadowski, Bogacki, Brodowski, Tłuczkiewicz). Ściskaliśmy też świadków czasu Komedy Janusza Majewskiego, Marka Karewicza czy Jerzego Skolimowskiego, który już w pierwszych trasach Sekstetu Komedy ustawiał światła i dziewczyny.

Czas – nieubłagany maestro, życie – nieodgadniona podnieta, sztuka – haszysz wybranych. To właśnie sztuka pozwalała im żyć i nie widzieć, nie słyszeć przemijania. Byli zawsze piękni, zawsze dwudziestoletni. Fenomenalnie zdolni artyści. Kolorowe ptaki. Po ’56 r. żyli otumanieni nadzieją i radością, chociaż kraj był ideologicznie zadrutowany. Ale wtedy wszystko było pierwsze. Łódzka Filmówka, gdański Bim-Bom, krakowskie Jaszczury, cały ten jazz. I jeżeli, jak Komeda, wyjeżdżali, nie uciekali stąd, tylko wyruszali na podbój Ameryki!

Wszystko (i jeszcze więcej) niezwykle barwnie spisał w autoryzowanych wspomnieniach Zofii Komedowej-Trzcińskiej jej syn Tomasz Lach („Nietakty”, wydawnictwo Szelest). Autor teatralnej sztuki (Jarosław Murawski) trzy czwarte tekstu scenariusza wyjął z tej książki.

Przede wszystkim historię dramatycznej, bezsensownej śmierci Komedy, opowiadaną tak, jak zapisała to Komedowa. A nade wszystko partie jej roli – dzięki temu wiarygodność teatralnej opowieści jest potwierdzona przez świadka koronnego. Rolę Zośki gra Iwona Bielska, szaleńczo bliska tamtej niezwykłej kobiecie, emocjonalnie i energetycznie tożsama. Na niej zbudowana jest większa część wieczoru, ona jest dominantą, dynamitem i motorem narracji. Zachwycająca aktorka.

W pewnym momencie Bielska-Zośka mówi: „ja myślałam, że to będzie o … ” Każdy z nas, zapewne, myślał, że to będzie o… i miał swoje wyobrażenia. Reżyserka (Lena Frankiewicz) musiała zmierzyć się nie tylko z potencjalnymi oczekiwaniami, ale z chaosem własnej wyobraźni i pomysłów. Pomógł jej w tym znakomity zabieg jednoczesnego prowadzenia różnych planów czasowych. To, że Komedowa jest kobietą dojrzałą, po przejściach, a Komeda (Mateusz Janicki) to tamten chłopiec, efeb, Krzyś, pupilek amerykańskiego cesarstwa filmowego.

Taki myk teatralny odsuwa łatwą pokusę oczekiwania na doc. teatr.

Spektakl Leny Frankiewicz niejako pisze się na scenie i postaci mają prawo zabrać głos, wprowadzić korekty, spierać się o perspektywę. Są tu, teraz , tam i wtedy.

Momentem przełomowym staje się wprowadzenie postaci Chopina, „emigranta meteorologicznego”, który w błyskotliwie napisanym, korzystającym z estetyki burleski, niemal schizofrenicznym monologu rozdrapuje „kompleks polski”. Publicystyka miesza się tu z poezją, polityka z teatrem, dawne lata z naszym dziś. Ten absurdalny pomysł pozwala przenieść „Komedę” w regiony teatru wysokiego. I już wiadomo, że korowód (choreografia Mikołaj Mikołajczyk) „to Polska właśnie”, karykaturalny kondukt to chichot chochoła. Nie bez znaczenia jest tu jakość artystyczna, kreacja młodego łódzkiego aktora-pianisty Adama Kupaja. Można by wymieniać wszystkie przymioty – od warsztatowych po świadomość roli, do tego brawurowo zagrane wariacje (- Czy ja mógłbym grać jazz? – pyta Chopin Komedę), wariacje z pewnością wyuczone, ale jak!

Żartowaliśmy po przedstawieniu, że zabrakło naturalnego usprawiedliwienia dla obecności wielkiego Fryderyka. W czasach Komedy mówiło się: „Chopin, gdyby żył, też by pił”. Alkohol jest przecież najpotężniejszym szatanem w opowieści o Komedzie

Plan „debaty o Polsce” – wprowadzony jak muzyczny motyw, pojawia się w niby-chocholim tańcu, w tyradach arcy-narodowego Chopina, w przeklętej niemocy i klęskach wybrańców . Wywleka naszą megalomanię, tromtadrację, czy choćby śmieszną swojskość. Scena z walizką pełną polskości, przywiezioną przez Zośkę do USA, jest żywcem zaczerpnięta z jej książki. I jest świetna. Ta kiełbasa narodowa i patriotyczny, cepeliowski pasiak na stole, a obok napełniony amerykańską whisky Marek Hłasko – metafora!

Momenty były! Upozowany na Mickiewicza Chopin, na niego łypie demon zła – Frykowski z zakrwawioną głową (Michał Bieliński), w kontrolowanym transie monologuje Ilona Kuper, chwilowa kochanka Komedy (Delfina Wilkońska). Mia Farrow (Monika Buchowiec) , jak z ekranu śpiewa kołysankę z „Rosemary’s Baby”. W tle przemykają niewinni i nieśmiertelni czarodzieje w kadrach z filmu Wajdy. Z offu Marcin Kydryński dlaczegoś (dlaczego?!) przekonuje, że nie istnieje coś takiego jak „polski jazz”. Tomasz Karolak, z którym mam kłopot w wydaniu scenicznym, tutaj Marek Hłasko, osiąga maksimum w piosence Niny Simone. Można by powiedzieć : jest jak na jam session. Ale w teatrze w takiej sytuacji mówi się: za dużo cufilu (żeby żart zaiskrzył, trzeba pamiętać słówko z języka niemieckiego). Żyjemy w epoce fleszy i gadżetów, ale nadmiar czyni z salonu supermarket. Reżyser powinna zmierzyć się z tym chaosem raz jeszcze po to, żeby stał się walorem, a nie obciążeniem naprawdę interesującego projektu teatralnego.

Muzyczny background spektaklu podpisał w „Komedzie” znakomity muzyk, Olo Walicki, pamiętany przez jednych z zespołu Namysłowskiego, przez innych ze sceny yassowej, teraz jeden z papieży powrotu do coraz bardziej obleganej folk-strefy Oskara Kolberga (projekt Kaszebe). Przywołuje tematy z Komedy (przedstawienie jest jednocześnie sesją w studio nagrań – scenografia Katarzyny Borkowskiej), proponuje swoje klimaty, do zapisów dźwiękowych wprowadzając dominantę perkusji (na żywo Paweł Dobrowolski). Dzieje się. Aczkolwiek – paradoksalnie – w tej historii Komedy muzyka pozostaje w cieniu.

Dla jednych będzie to spektakl przywołujący mit założycielski polskiego jazzu, historię tragicznie zmarłego kompozytora, który był już pasażerem odrzutowca do wielkiej kariery w Hollywood. Dla innych ballada o kobiecie, która wykreowała świat dookoła siebie w szarej Polsce Ludowej (nie mówiło się wtedy: PRL). I która wszystkie lata po śmierci Komedy przeżyła w poczuciu winy. Mówiła zawsze, że gdyby nie wyjechała ze Stanów, zostawiając męża samego, wszystko potoczyłoby się inaczej. Nie byłoby tej tragedii, ani zbrodni Mansona w willi Polańskiego. Dopilnowałaby, jak to Zośka

Dla wielu będzie to podglądanie sławnych i bogatych, czym się dziś zajmuje nałogowo połowa społeczeństwa. Dla ludzi teatru – amorficzna, ciekawa próba wielowątkowej narracji w czasach Internetu. Klikniesz i przez chwilę zatrzymasz uwagę na tym i na owym.

Ja sobie klikam na www.komeda.pl . I włączam „Litanię” Tomasza Stańki. Wraca cały ten czas…

Krystyna Gucewicz