Krzysztof Komeda

Oprac.Ewa Kałużna


27 kwietnia 2019r. mija 88 rocznica urodzin
KRZYSZTOFA KOMEDY

W obawie przed pewnym przesytem, który daje już o sobie znać ze względu na częstotliwość wzmianek o Komedzie w ostatnim czasie, potraktujmy temat nieco inaczej, choć niełatwo jest dziś zachować dystans wobec twórczości Komedy.
Jego nazwisko, odmieniane we wszystkich przypadkach, stało się mitem, legendą i najważniejszym punktem odniesienia dla polskiego jazzu.




Rok 2019 został ogłoszony przez UNESCO Rokiem Krzysztofa Komedy. W kwietniu obchodzimy 50. rocznicę śmierci i 88. rocznicę urodzin muzyka (ur. 27 kwietnia 1931, zm. 23 kwietnia 1969) . O naszym czołowym pianiście jazzowym jest coraz głośniej, m.in. za sprawą nowych wydawnictw literackich i muzycznych. Odbywa się także wiele wystaw tematycznych oraz całe mnóstwo koncertów w ramach różnych festiwali.


Motywem przewodnim wiosennego festiwalu Era Jazzu 2019, pod kierownictwem Dionizego Piątkowskiego, była muzyka Krzysztofa Komedy. W 50. rocznicę śmierci Komedy galowym koncertem "Czas Komedy" 13 kwietnia 2019 w CK Zamek w Poznaniu festiwal Era Jazzu złożył hołd wybitnemu artyście.


Muzycznym dopełnieniem był projekt, jaki przygotowali poznańscy muzycy młodego pokolenia - spadkobiercy tradycji "czasu Komedy" oraz słynna grupa Radio String Quartet, która na poznański koncert przygotowała specjalny program "Komeda & More", obejmujący m.in. słynne kompozycje Krzysztofa Komedy w opracowaniu kwartetu wiedeńskich kameralistów.


Z kolei Muzeum Jazzu, pod kierownictwem Andrzeja Rumianowskiego, przy współpracy z pasierbem Krzysztofa Komedy, Tomaszem Lachem, przygotowało wystawę fotograficzną, ukazującą życie i dorobek artystyczny Krzysztofa Komedy.




Do wystawy wykorzystano zdjęcia z prywatnego archiwum Tomasza Lacha i Marka Karewicza . Wystawę zaprezentowano 11 i 13 kwietnia 2019. podczas XI Festiwalu Muzyki Filmowej Krzysztofa Komedy i 23 kwietnia 2019. podczas koncertu "Budzimy Jazzem". Obie imprezy miały miejsce w Sali Koncertowej Polskiego Radia im. W. Lutosławskiego w Warszawie. Wystawę będzie można obejrzeć 18 maja 2019, w Zamku Królewskim w Warszawie podczas Nocy Muzeów, a towarzyszyć jej będą koncerty jazzowe

https://www.muzeumjazzu.pl/xi-festiwal-komedy-115-wystawa-muzeum-jazzu/


Komedowskie akcenty znajdziemy również podczas tegorocznego festiwalu Jazz nad Odrą 2019

Kalendarium

KRZYSZTOF KOMEDA-TRZCIŃSKI jest postacią wyjściową dla historii polskiego jazzu. Wyłonił się z tak zwanego "okresu katakumbowego", kiedy to jazz, ze względu na polityczne nastroje, grano wyłącznie nieoficjalnie.

Po odwilży w 1956, Komeda wystąpił na I Festiwalu Jazzowym w Sopocie, wraz ze swoim sekstetem w składzie: Komeda, Jerzy Milian, Stanisław Pludra, Józef Stolarz, Jan Ptaszyn Wróblewski i Jan Zylber.

Wykonali wówczas utwór "Memory of Bach", którego współautorem był Jerzy Milian. Koncert ten wywrócił świat młodego lekarza do góry nogami, a Polakom otworzył uszy na nieznaną dotąd muzykę, opartą na improwizacji i emocjach - Sekset Komedy "Memory of Bach" Live in Sopot 1956


Historia życia i śmierci Krzysztofa Komedy zainspirowała Magdalenę Grzebałkowską do napisania dzieła "Komeda. Osobiste życie jazzu". Dzięki wnikliwości Grzebałkowskiej, w maju 2018 na czytelniczym rynku ukazała się książka, która zainteresuje nawet najbardziej opornych przeciwników - zarówno polskiego jazzu lat 50. i 60., jak i literatury w ogóle.

"Komeda. Człowiek tajemnica. Listów nie pisał, dzienników nie prowadził. Mruk. Miły. Uśmiechnięty. Osobny - tak o nim mówili. Większość tego, co wiemy o Krzysztofie Komedzie, pochodzi ze wspomnień jego żony, Zofii. Często sprzecznych z tym, co pamiętają inni. Agnieszka Osiecka pisała, że gdy grał na fortepianie, "jego dłonie opowiadały małe, kameralne historie o niebie dla dwojga osób". Ale jego życie taką historią nie było.

By poznać prawdę o jednym z najwybitniejszych polskich muzyków, Magdalena Grzebałkowska odwiedziła między innymi państwa skandynawskie, Rosję i Stany Zjednoczone. Dotarła do ostatniego żyjącego świadka tragicznego upadku ze skarpy sprzed pięćdziesięciu lat, i jako pierwsza, przedstawia jego wersję wydarzeń.

Autorka w swojej książce odkrywa osobiste życie polskiego jazzu - Komedy i środowiska, w którym się obracał, od barwnego życia Piwnicy pod Baranami i narodzin warszawskiego Jazz Jamboree, aż po Los Angeles. To poruszający portret pokolenia, dla którego jazz był najpiękniejszą - i często jedyną - namiastką wolności"

https://www.empik.com/komeda-osobiste-zycie-jazzu-grzebalko…
Krzysztof Komeda to jeden z niewielu polskich twórców, którego nazwisko zna cały świat. "Gdyby żył, miałby zapewne setki nagród na swoim koncie" - mówi Dionizy Piątkowski, biograf artysty i autor książki "Czas Komedy".

"Najprawdopodobniej tworzyłby w Ameryce muzykę do filmów - tam zaczęła się przecież jego światowa kariera. Kiedy Komeda nagrywał "Astigmatic", nie istniała jeszcze wytwórnia ECM, ale ten album mógłby być ważniejszy niż nagrania Keitha Jarretta, Jana Garbarka czy Charlesa Lloyda.

Postać i twórczość Krzysztofa Komedy urosła w polskim środowisku jazzowym do rangi symbolu i legendy. Żaden inny polski jazzman nie wywarł równie ogromnego wpływu na nowoczesną muzykę jazzową, jak artysta z Poznania".

Legendarny Sekstet Komedy zainaugurował na pierwszym Jazzowym Festiwalu w Sopocie w 1956 modę na jazz i fascynację nowoczesnym jazzem. Tym tropem poszli inni kreatorzy polskiego jazzu, by z czasem stworzyć rozległy nurt, budujący przez wiele dekad tzw. polish jazz.

Ale Krzysztof Komeda najpełniej odnalazł się jako kompozytor muzyki ilustracyjnej - od wspaniałych etiud baletowych po rozległą dyskografię, obejmująca muzykę filmową do kilkudziesięciu filmów najwybitniejszych reżyserów.

Już w 1957 rozpoczęła się długoletnia współpraca Krzysztofa Komedy z Romanem Polańskim. Pierwszym filmem Polańskiego, do którego Komeda napisał muzykę, był debiutancki obraz "Dwaj ludzie z szafą", a ostatnim - "Rosemary’s Baby", ze słynną "Kołysanką".

Był to moment przełomowy w życiu Krzysztofa Komedy. Film ten przyniósł sławę obu Polakom - dla Polańskiego był to moment zwrotny w jego karierze w Hollywood, dla Komedy - początek profesjonalnej pracy jako kompozytora muzyki filmowej.

Wielkim przebojem okazała się tytułowa kołysanka z filmu, która doczekała się wielu wspaniałych interpretacji. O skali talentu artysty świadczy fakt, iż Komeda nigdy nie uczył się kompozycji, harmonii, instrumentacji ani orkiestracji, a w swej twórczości kierował się głównie intuicją muzyczną.

"Choć Krzysztof Komeda nigdy nie osiągnął wirtuozerskiej techniki gry na fortepianie, to wypracował rozległy język muzyczny i własny styl - niezwykle romantyczną kompilację bebopu, cool-jazzu, awangardowej struktury free oraz niezwykłej słowiańskiej melodyki.

To właśnie dla "szkoły jazzu" pokolenia Komedowców, od Jerzego Miliana, Andrzeja Trzaskowskiego i Tomasza Stańko, po Jana "Ptaszyna" Wróblewskiego i Zbigniewa Namysłowskiego, ukuto termin ,,slavic kind of jazz". W prostocie, powściągliwości i oszczędnym, ale precyzyjnym doborze środków wyrazowych, znalazł Komeda siłę i wartości, które zadecydowały o niepowtarzalnym charakterze jego muzyki.

Porównanie Komedy do tak różnych pianistów, jak Bill Evans (klimat), Thelonious Monk (kompozycja), Bud Powell (technika i warsztat), a nawet McCoy Tyner (elementy struktury muzycznej Coltrane’a) - to cechy ukazujące, jak oryginalnym kompozytorem i pianistą był Krzysztof Komeda-Trzciński" - pisze Dionizy Piątkowski http://jazzforum.com.pl/main/news/era-jazzu-czas-komedy…

KOMEDA W HOLLYWOOD - piękny początek i tragiczny koniec.

Tomasz Lach jest synem Zofii Komedowej i pasierbem, czyli przybranym synem, Krzyszofa Komedy. Kilkanaście lat, spędzonych z Komedą, Tomasz Lach opisał w książce "Kumpel. O Komedzie, Zośce i innych”, która ukazała się pod koniec listopada 2017.

Swoje wspomnienia zawarł także w prezentowanym w "Jazz Forum" dwuczęściowym cyklu "Listy w sprawie Komedy", opartym na oryginalnych materiałach, zgromadzonych w rodzinnym archiwum.

Korespondencja w sprawie Komedy ukazuje kulisy pobytu muzyka w Hollywood oraz wydarzenia, które doprowadziły do przedwczesnej, tragicznej śmierci Krzysztofa Komedy.
Dobra lektura na długi wwekend...

"Listy w sprawie Komedy" - Tomasz Lach
(wybrane fragmenty)

Listy piszemy i wysyłamy coraz rzadziej. Ale nie w 1969, kiedy to list był tym najistotniejszym i najbardziej wiarygodnym przekazem, dowodem oraz śladem. W tym przypadku, śladem po Komedzie.
Krzysztof Komeda nie lubił pisać, zwłaszcza długich listów, więc zazwyczaj wyręczała go w tej - czasami koniecznej - rodzinnej powinności jego żona, Zofia Komedowa.

Chyba, że były to wysyłane z niedostępnych dla większości ówczesnych obywateli PRL miejsc, gdzie właśnie przebywał, dowcipne kartki pocztowe z pozdrowieniami i dorysowywanymi na widokówkach radosnymi figurkami.

W niedzielę 17 grudnia 1967 Krzysztof Komeda wyruszył w swoją najdłuższą i - jak się to niestety okazało - ostatnią podróż. Wyleciał z Warszawy, via Londyn i Nowy Jork, do Los Angeles, a docelowo do Hollywood - stolicy światowej kinematografii.
Pojawił się tam, zaproszony do współpracy przez swojego przyjaciela, Romana Polańskiego, by skomponować i nagrać kolejną oprawę muzyczną do kolejnego filmu tego wspaniałego, lecz w Hollywood jeszcze nie znanego reżysera.

Desant - jak to skomentował jeden z ówczesnych hollywoodzkich krytyków filmowych - młodych europejskich artystów zaowocował niespodziewanym, wielkim sukcesem, a niskobudżetowy, banalny film z pogranicza satanistycznej grozy, "Rosemary’s Baby", do dzisiaj uważany jest za wzorzec gatunku.
Nie mówiąc już o muzycznym leitmotivie - kołysanką z filmu "Rosemary’s Baby". Krzysztof Komeda osiągnął sukces, o którym może jedynie marzyć większość kompozytorów muzyki filmowej na całym świecie.

W ciągu zaledwie sześciu miesięcy stał się, z nikomu nieznanego europejskiego kompozytora, celebrytą, jeżdżącym wspaniałym sportowym samochodem, mieszkającym w Beverly Hills, i bywającym w najznakomitszych artystycznych towarzystwach. Stał się hollywoodzką gwiazdą. Niestety, nie przełożyło się to na jego życie osobiste, wręcz je zrujnowało.

Żona Krzysztofa Komedy, Zofia, nie poleciała do Los Angeles wraz z mężem. Dotarła do Hollywood pod koniec stycznia 1968, zatrzymując się po drodze w Londynie, oraz w Nowym Jorku.
Miała być to wyprawa na dłużej, a może i na stałe, ponieważ małżeństwo Komedów zdawało sobie sprawę z tego, jakim zagrożeniem dla socjalistycznego kanonu komunistycznych wartości stają się coraz bardziej nagłaśniane artystyczne sukcesy Komedy "na zgniłym Zachodzie".

Komedowie zaczęli rozważać emigrację. I być może pomysły te wprowadziliby w życie, gdyby nie to, że zakochana w artystycznych klimatach Europy Zofia odkryła, a właściwie zderzyła się w Hollywood z tym, czym gardziła i czego unikała - szpanem, blichtrem, knowaniami, zdradą i zakłamaniem.
A do tego okazało się, że w tym bezwzględnym, kierującym się jedynie wartościami sukcesów środowisku, ona, nie tylko małżonka, a również - jak to funkcjonowało w Europie - opiekunka, menadżerka i szefowa, jak ją żartobliwie tytułował Komeda, nie generując w Stanach sama sukcesu i dochodu, była tylko potulnie czekającą w domu gospodynią, i - o ile Krzysztof tego zechciał - towarzyszką jego wieczornych eskapad.

Wydawałoby się, tak dobrze jej znany Krzysztof, zmieniał się w jej opinii na niekorzyść. Coraz częściej pozostawiał ją w hotelu samą, wracał późnymi wieczorami, a do tego pod widocznym wpływem - czemu zaprzeczał - nie tylko alkoholu.
Jeździł swoim kabrioletem mustang ryzykownie, łamiąc drogowe zakazy i ograniczenia szybkości, a jednocześnie w tajemnicy przed Zofią rozglądał się za porsche.

Spotykał się z Romanem Polańskim, z innymi nowo poznanymi znajomymi, wchodził w środowisko. Sam. Tak, jakby Zofia już do niczego nie była mu potrzebna. Do tego wszystkiego przestał oszczędzać. I to Zofię bardzo niepokoiło, ponieważ planowali kupno willi na warszawskim Żoliborzu, lub - w razie emigracji - we Włoszech albo w Wielkiej Brytanii.

Nie wytrzymała. Nie doczekała nawet premiery filmu "Rosemary’s Baby". Powróciła do Polski w czerwcu 1968. Nigdy sobie tej rejterady nie wybaczyła.
Tutaj zaczynają się listy. Komeda pisze do Zofii, że w końcu wynajął na Beverly Hills ten dom, w którym planowali zamieszkać. Zofia do niego, że kończą się pieniądze, więc wraca do pracy w Polskiej Federacji Jazzowej.

Komeda do syna Zofii, Tomasza Lacha, że załatwił kolejne katalogi jachtów, a nawet jest taki, na którym będą mogli popływać. Syn Zofii do Komedy, że jeszcze jeansy Lee, i drugie, o numer większe.
Komeda do swoich rodziców, że kocha, pamięta i coś tam za pośrednictwem znajomego wysyła.

Przyjaciele do Komedy, Komeda do przyjaciół. Kolejne, prawie cotygodniowe listy, adresowane do Zofii. "Służbowe pierdoły" - jak je nazywała, czytając i notując coś, by następnie podrzeć i wyrzucić do śmieci. Czeskie kino, a do tego nic w kwestiach formalnych. Jest jeszcze rodzina, czy też już jej nie ma?

Co tak naprawdę robił w Hollywood Krzysztof Komeda, kiedy po kilku dniach od wylotu "szefowej" upewnił się telefonicznie, że ta już na pewno z Europy nie zawróci? Rzeczy dobre i złe, mądre i głupie, przewidywalne i nieprzewidywalne.

Przewidywalnie wprowadził w swoje życie, młodszą od Zofii o jedenaście lat, śpiewającą aktorkę z Izraela, Elanę Cooper, którą poznał tuż po przylocie do Los Angeles, na przyjęciu u Bronisława Kapera, słynnego polskiego kompozytora, zdobywcy Oskara za kompozycję "Lilli", członka Akademii Filmowej i znanego w środowisku konesera młodych, rozpoczynających karierę aktorek.

Nieprzewidywalnym natomiast było wprowadzenie się samemu do niewielkiego, ale bardzo kosztownego domu na wzgórzach Beverly Hills, i zaproszenie tam praktycznie na stałe dwóch poznanych w Hollywood polskich kumpli - słynnego w Europie pisarza, politycznego banitę i nie liczącego się ze skutkami swoich, nie zawsze czystych czynów, zwłaszcza po alkoholu, czyli zazwyczaj, rozrabiakę Marka Hłasko, oraz Marka "Nizicha" Nizińskiego, fotografika.

I tak oto autor docierającej zza okien mijanych na hollywoodzkim Stripie samochodów "Kołysanki Rosemary", genialny kompozytor, Mr. Komeda, wschodząca gwiazda hollywoodzkiej kinematografii, zamiast udzielać się, bywać i brylować na świeczniku, robiąc skuteczną karierę, przesiadywał samotnie przez kolejne tygodnie za wypożyczonym i wstawionym do livingu roomu fortepianem, komponując muzykę do kolejnego filmu - "The Riot", w reżyserii Buzza Kulika.

Natomiast wieczorami, o ile nie wytrwał nad klawiaturą, pracując do szarego, zamglonego unoszącym się smogiem, świtu... Zazwyczaj jedno z dwojga, czyli raz spotkanie z Elaną, a innym razem suto podlewane alkoholem dyskusje z kumplami o meandrach życiowych losów. Fatalnie.

To już nie było czeskie, a raczej ruskie kino. Zwłaszcza, że w tych beverlyhillowskich amokach "ostatni tacy przyjaciele" wyśpiewywali, porykując i koszmarnie fałszując, przy akompaniamencie Mr. Komedy - autentycznej hollywoodzkiej gwiazdy - rosyjskie i radzieckie pieśni ludowe.

Natomiast w Warszawie, - odwrotnie. Poza pracą menadżera w PFJ, ciężką i wyczerpującą fizycznie i nerwowo harówką z jazzmanami, Zofia starała się dalej zarządzać europejską karierą Komedy.
Po powrocie ze Stanów zrezygnowała z krajowych filmowych projektów, odsyłając z przeprosinami scenariusze. Ale pozostały projekty europejskie. Wszystkie dokumenty były przecież u niej.

Nadal była menadżerem Krzysztofa. Ale żeby pojechać do Skandynawii, Włoch, Francji i Anglii, gdzie miał pracować, po czym ponownie wrócić do Stanów, Komeda musiałby najpierw powrócić do Polski.
Powinien wymienić paszport, którego ważność kończyła się za kilka miesięcy, i rozliczyć się z instytucją, bez której zgody żaden artysta do pracy na Zachód nie wyjechał - z Pagartem, któremu winien był już ponad tysiąc dolarów. I nie miał zamiaru oddać.

Przychodziły ze Stanów kolejne prośby o załatwienie tego czy tamtego, oraz bzdurne kartki pocztowe, wysyłane do syna Zofii.
Na fotografiach sportowe samochody i jachty, a na pocztówce z połowy listopada diabelski stok na Mammoth Mountain, gdzie właśnie po raz kolejny Komeda pojechał na narty.

Na początku grudnia, po raz pierwszy od paru miesięcy, kilkaset dolarów, przesłane za pośrednictwem znajomego, z prośbą o przekazanie połowy jego rodzicom. Tydzień przed Świętami telegram z życzeniami i złowroga cisza.

W czwartek, 16 stycznia 1969, dodzwonił się do warszawskiego mieszkania Zofii Komedowej przyjaciel z dawnych, krakowskich lat, Staszek Otałęga - kiedyś jazzman, a teraz mieszkający w Nowym Jorku biznesmen. Po paru godzinach, również z Nowego Jorku, zatelefonowała aktorka, Elżbieta Czyżewska.
I pisarz, Jerzy Kosiński. Czy Zosia wie, bo właśnie w nowojorskich gazetach...? Boże! Czy to możliwe?! Krzysio Komeda w komie (śpiączce), leży w Los Angeles, w Midway Hospital. Od trzech tygodni w śpiączce, po nieudanej operacji mózgu. Podobno jakiś wypadek? Ale co?!...

Zofia dociera do Los Angeles późnym wieczorem 21 stycznia 1969, piątego dnia po otrzymaniu wiadomości. No i teraz zaczęła się najistotniejsza w sprawie Komedy korespondencja.

W pierwszych dniach lutego 1969 Zofia Komedowa przesyła, za pośrednictwem Jana Chęcińskiego, hollywoodzkiego znajomego Komedy, dwa obszerne listy.
Do rodziców Komedy, i do syna. Treść listu adresowanego do rodziców nie jest znana, natomiast syn dowiaduje się z pozbawionego emocji tekstu o przyczynach choroby i stanie zdrowia Komedy.

Po pierwsze, parę miesięcy wcześniej Krzysztof doznał urazu głowy. Potknął się i wywrócił w czasie spaceru, w towarzystwie Marka Hłaski.
Po drugie, nikt nie wiedział, że uraz spowodował narastający wylew wewnątrzczaszkowy, więc był kurowany przez swojego lekarza pod kątem walki z niezaleczoną grypą Hong Kong.

Faktycznie, w tym samym czasie był na nią chory, w związku z czym zażywał również lekarstwa, począwszy od aspiryny, które przy okazji rozrzedzają krew. Czyli odwrotnie.
Po trzecie, kiedy już na dobre stracił przytomność i wylądował w szpitalu, a nic do tej pory nie wiedzący o ukrywanym z niewiadomych powodów incydencie lekarz dowiedział się przypadkowo prawdy, wykonano po raz pierwszy szczegółowe badania neurologiczne, i pośpiesznie usunięto wylew za pomocą odessania. I to się nie całkiem udało.

A do tego opiekujący się Krzysztofem lekarz stwierdził, że nie ma już żadnej szansy na poprawę.
I po czwarte, że to chyba jednak blaga, więc ona walczy, nie podda się i doprowadzi do kolejnej operacji.

Tylko pieniądze, których zarówno tam, w tym Hollywoodzie już nie ma, jak i tych koniecznych do życia w Polsce.
Niestety, nie mogła liczyć na pomoc. Raczej odwrotnie, spotykało ją wiele przykrości, a Krzysztofa okradziono. Kiedy był już w śpiączce, ktoś podszył się pod jego najbliższą rodzinę, i rozkradł.

Dlaczego nikt nie zawiadomił jej wcześniej o utracie przytomności i operacji?
Podobno Krzysztof zabronił, kiedy jeszcze kontaktował. Uważał, że jego organizm pokona chorobę, i jest to jedynie kwestia czasu. Więc czekali, czekali, czekali, aż wywęszył to jakiś pismak z "LA Times". I zupa się wylała. Na tym korespondencja Zofii z synem na razie się zakończyła.

Było jeszcze kilka kolejnych listów pisanych do rodziców Krzysztofa i Ireny Orłowskiej, jego siostry, a także do przyjaciół. Korespondencja, o której wiemy, ale jej treści w większości nie znamy, oraz parę krótkich, wyczekiwanych całymi dobami telefonicznych połączeń z synem.
A potem powrót z nieprzytomnym Komedą do Polski. I jego tragiczne odejście.

Nie ona jedna pisała w sprawie Komedy. Listy pisali także ci, którym również bardzo, tyle że trochę inaczej i w innej sprawie, zależało na Krzysztofie. Na hollywoodzkim, zdrowym, sławnym i bogatym Mr. Komedzie.

Wojciech "Fryko" Frykowski. Poznany w 1959 w Łodzi syn tamtejszego włókienniczego magnata. Zakochany w sztuce filmowej, ale niewiele potrafiący, finansował pierwszy film Romana Polańskiego, i wszedł w środowisko, dotarł za Polańskim i Komedą do hollywoodzkiej fabryki snów.

Pojawił się w LA w połowie sierpnia 1968, wraz z poznaną w Nowym Jorku Abigail "Gibby" Folger, córką kawowego magnata z San Francisco.
Poszukiwał pracy i środowiskowych kontaktów, ale nie takich, jakie załatwił mu Roman Polański, a następnie Marek Niziński - pracy przy budowie filmowych dekoracji. Liczył na duże pieniądze i pozycję co najmniej filmowego producenta.

Zaczął kombinować, również ze środowiskiem dilerów. Ale o tym nikt nie wiedział, również Krzysztof, kiedy zaoferował Wojtkowi pomoc.
Frykowski dosłownie przykleił się, zwłaszcza wtedy, gdy Komeda opuścił dom na Beverly Hills i zamieszkał w hotelu "Sunset Marquis".

Tracącego przytomność Krzysztofa przyjęto do szpitala w związku z podejrzeniem komplikacji po przebytej grypie, a jego lekarz nadal uważał, że są to wyłącznie objawy osłabienia organizmu. Więc polecił kilkudniowy regenerujący pobyt.
Wzmacniające kroplówki, kolejne, jeszcze silniejsze lekarstwa. I obserwacja. W związku z tym, następnego dnia rano Frykowski wsiadł do mustanga Komedy, twierdząc, że jego samochód jest w naprawie, a przecież musi czymś dojeżdżać do szpitala, i wozić tam Elanę, a także obiecał zaopiekować się hotelowym apartamentem.

Kiedy po kilku dniach okazało się, że zoperowany Krzysztof nie odzyskuje przytomności, a nadal pełni optymizmu lekarze zapewniają, że wszystko jest OK, ale rehabilitacja może trwać nawet tygodniami - Markowie, Niziński i Hłasko, zaczęli przebąkiwać o konieczności zawiadomienia Zofii Komedowej.
Nie bardzo wiedzieli, jak się zachować. Pozostali sami. Najbliższy przyjaciel Komedy, Roman Polański był już w Europie. Oczekiwał spotkania z Krzysztofem we włoskich Dolomitach, w Cortina d’Ampezzo, gdzie mieli spędzić wspólnie Święta i przez dwa tygodnie jeździć na nartach.

Trzeciego dnia po operacji Wojciech Frykowski złożył w dyrekcji szpitala pisemne oświadczenie twierdzące, że jest bliskim, oraz jedynym w LA członkiem rodziny Krzysztofa Komedy, w związku z czym przejmuje pełną odpowiedzialność prawną za nadal nieprzytomnego pacjenta.
Natomiast wymagane przez prawo potwierdzenia od żony, rodziców Komedy, a także z ambasady polskiej są w drodze. Podobnie w hotelu, gdzie Fryko zamieszkał w apartamencie Krzysztofa. Trwało to prawie trzy tygodnie.

Zaniepokojony tą przedziwną sytuacją Marek Niziński zawiadomił prawnika Komedy, mecenasa Wally Wolfa, a ten zablokował hotel i zażądał zwrotu samochodu, oraz przywłaszczonej, solidnie używanej książeczki czekowej.
Kiedy Zofia Komedowa, na prośbę Wolfa, sporządziła remanent, stwierdziła z przerażeniem, że poza ponad dwoma tysiącami dolarów na koncie, brakuje jeszcze złotego Patka, złotej zapalniczki Dunhilla, i co najważniejsze, większości taśm magnetofonowych, oraz zapisów nutowych z napisanymi w Hollywood nowymi kompozycjami Komedy.

Więc Wojciech Frykowski zaczął pisać swoją prawdę. O jego miłości i oddaniu Krzysztofowi, o winie Hłaski, pijaństwie Nizińskiego i wspólnych z jego matką, Ewą Krzyżanowską, matactwach, mających doprowadzić do ograbienia Komedy.
"Bo tutaj, w Hollywood, liczy się tylko Romek, Krzysio i ja, a ta cała reszta, to jacyś nieudacznicy!" - pisał do rodziców Krzysztofa, do swoich bliskich, i gdzieś tam jeszcze w Polskę. Pisał prawdę Fryka, która wsiąkała, wsiąkała, i pozostała.

Wojciech Frykowski zginął cztery miesiące po odejściu Krzysztofa Komedy. Tragicznie, bezsensownie i absurdalnie, jak i siedem pozostałych osób, zamordowanych przez zabójców z sekty Mansona.

Jerzy Abratowski - to kolejny korespondent w sprawie Krzysztofa Komedy. Uznany polski pianista, aranżer i kompozytor przepięknych, romantycznych utworów, jak "Gdy mi ciebie zabraknie" oraz "Szeptem", przyjaźnił się blisko z rodziną Krzysztofa od lat.
Syn Zofii Komedowej zapamiętał go jako natchnionego organistę na swoim bierzmowaniu oraz cierpliwego nauczyciela gry na "przeszkadzajkach".

W drugiej połowie lat 60. Krzysztof i Jerzy Abratowski napisali wspólnie operetkę "Wygnanie z raju". Komeda nie doczekał premiery w lipcu 1969, na której była obecna Zofia z synem.
Jerzy "Abrat" Abratowski pojawił się w Los Angeles parę miesięcy przed Komedą. Poszukiwał pracy w swoim zawodzie.

Grał w nocnych lokalach, czekał na swoją amerykańską szansę. Spotkał ją w osobie Komedy, który zaprosił go do współpracy przy aranżowaniu na składy muzyczne i instrumenty kolejnych elementów kompozycji do filmu "Rosemary’s Baby", a następnie "The Riot".
Abratowski był przecież znakomitym, profesjonalnym kompozytorem, więc praca z Komedą, nawet tak skromna, a nawet poniżająca - czego nie ukrywał w rozmowach ze znajomymi - mogłaby być początkiem kariery. Niestety, tak się nie stało.

Abratowski był pierwszą osobą, zawiadomioną telefonicznie przez Marka Hłasko o incydencie w trakcie pijackiego, zakończonego upadkiem Komedy, nocnego spaceru po Beverly Hills, a następnie - jednym z czterech wtajemniczonych, ukrywających to zdarzenie przyjaciół.
Powód prosty: przecież dowiedziałaby się o tym brukowa prasa! Nie dość, że Maestro Mr. Komeda spił się do nieprzytomności z jakimś tam zbuntowanym komunistycznym pisarzem, to jeszcze rozwalił głowę na Beverly Hills, i wylądował ambulansem w szpitalu o drugiej w nocy.

Kiedy, zaniepokojony jego wyglądem Roman Polański zapytał, co się wydarzyło, Krzysztof, bagatelizując sprawę, opowiedział wyłącznie o zakończonej upadkiem pijackiej eskapadzie z Markiem Hłasko. I nic więcej przez następne dwa miesiące.

Kiedy 19 grudnia 1968 Krzysztof Komeda został hospitalizowany, Jerzy Abratowski odwiedził go kilkukrotnie, ale gdy dowiedział się o przybyciu Zofii, zniknął.
I zaczął najpierw telefonować, a następnie pisać, kolportować prawdę Abratowskiego.

Miał ku temu dwa, a nawet trzy powody. Pierwszy, bardzo prozaiczny - był winien Komedzie ponad sześćset dolarów, więc spotkanie z Zofią nie wchodziło w rachubę.
Drugi, to przedziwne, zawarte z Elaną i Wojtkiem Frykowskim porozumienie, że skłonią Krzysztofa do wyrażenia zgody, by Elana nagrała singla z "Kołysanką Rosemary", a na drugiej stronie płyty pojawi się kompozycja Abratowskiego.

Plan padł równie szybko, jak powstał, co spiskowcom uzmysłowił, a następnie roztrąbił wokoło, wraz ze złośliwym komentarzem, znienawidzony przez nich od tej chwili Marek Hłasko.
Hollywoodzkie telefony "Abrata" i jego korespondencja dowodziły, że to on - czyli Mr. Abratowski - de facto skomponował, a już na pewno wymyślił leitmotivy do amerykańskich filmów z muzyką Komedy, a także, chyba to nikogo nie dziwi, ma takich kompozycji jeszcze całą szufladę, a nawet lepszych.
Więc nalega na szybkie spotkanie w celu uzgodnienia warunków. Niestety, autopromocja zakończyła się równie szybko, jak rozpoczęła.

Pierwszą osobą, której te swoje rewelacje Abratowski sprzedał - pewnie myśląc, że ma do czynienia z autentycznym debilem - był Marek Niziński.
Potajemnie nagrał on rozmowę z Abratowskim i natychmiast wszystkich o wszystkim zawiadomił.

Oczywiście wraz ze swoim i Marka Hłaski komentarzami. Zagrzmiało, ponieważ okazało się, że "Abrat" na okoliczność swojej twórczej kooperatywy z Komedą pożyczył tu i tam jeszcze kupę kasy.
Wyparował. Złośliwi twierdzili, że podobno w chicagowskim Jackowie objął batutę trzyosobowej orkiestry kameralnej, w tamtejszej góralskiej knajpie z wyszynkiem. Ale zawarte w listach i telefonicznych rozmowach informacje wsiąkały, wsiąkały, i pozostały.

Jerzy Abratowski zginął tragicznie dwadzieścia lat po odejściu Komedy, w 1989. Został przypadkową ofiarą strzelaniny pod jednym z banków w Palm Springs.

Pisała także Elana Cooper. Do rodziców Krzysztofa, a także do jednego z jego przyjaciół. Do rodziców bezproblemowo, w tłumaczeniu Wojciecha Frykowskiego.
Okazało się mianowicie, że w hotelowym apartamencie Komedy, pod jego nieobecność mieszkały dwie osoby. Potwierdziły to hotelowe rachunki za wikt i opierunek, które następnie uregulowała Zofia Komedowa. Fascynujące! W całej "amerykańskiej" historii Krzysztofa Komedy pojawiają się wyłącznie jego dolary.

Elana Cooper pisała do rodziców Krzysztofa jeszcze przed przybyciem Zofii. To potwierdzone.
Ale tych treści nie znamy, a nawet, oficjalnie, o tej korespondencji nie wiemy. Natomiast od niedawna wiemy, co głęboko rozżalona napisała do Henninga Carlsena, duńskiego awangardowego reżysera filmowego, bliskiego przyjaciela Krzysztofa.

Współpracowali przy czterech filmach, które Carlsenowi przysporzyły uznania. Byli umówieni w Kopenhadze wiosną 1969, na kolejną realizację filmową.
W międzyczasie, w sierpniu 1968, Henning otrzymał od Krzysztofa list, z którego treści wynikało, że Zofia pojechała do Polski, i że to chyba koniec.

Zaprzyjaźniony również z Zofią, odpowiedział, proponując pomoc w negocjacjach, ale list wysłał na adres, który był już nieaktualny.
Coraz bardziej osłabiony, czując się chorym, ale planując jednak kilkumiesięczny pobyt w Europie, Krzysztof zrezygnował z wynajmowania domu i zamieszkał w hotelu.

Nie otrzymawszy odpowiedzi, zaniepokojony Carlsen wystosował pilny telegram, który odnalazł Komedę dopiero po wielu dniach, kiedy ten leżał w szpitalu bez przytomności, tuż po operacji.

Elana Cooper, od roku "girl friend" Krzysztofa Komedy, pisząc swój list 4 stycznia 1969, jedenastego dnia po przeprowadzonym na mózgu Komedy zabiegu, twierdziła, że nie odstępuje nieprzytomnego Krzysztofa na krok, siedzi przy jego łóżku, zapewne rozmawia z lekarzami i dostrzega wiszącą w nogach tego łóżka medyczną kartę informacyjną - "sub oral Hematma", oraz o wydobyciu płynów z prawej strony głowy.

Płynów? Pomyłka w związku z językowymi brakami czy też prawda, którą inni ukrywali? Brudne czyny Marka Hłasko. "Sub oral Haematoma" - nie "Hematma" - to występujące czasami określenie krwiaka wewnątrz jamy ustnej.
Może powstać również na skutek silnego uderzenia w głowę, np. bokserskiego haka pięścią, lub ciosu zadanego przedmiotem. A Marek Hłasko, zwłaszcza w opinii Frykowskiego i "Abrata", to brutal, rozrabiaka, pijak i chamski bokser.

Pozostałe źródła informacji opisywały przypadek Komedy, jako "Subdural Haematoma" - krwiak podoponowy, spowodowany krwotokiem pomiędzy oponą twardą i pajęczynówką.
Obecni przy Komedzie w trakcie jego choroby przyjaciele oraz znajomi, począwszy od Romana Polańskiego, zgodnie stwierdzili "sińce i opuchliznę pod oczami oraz na skroniach, i przekrwione gałki oczne".

Dziwne. Zastanawiające. Krzysztof nic Elanie nie powiedział, ukrył i zataił, jak i reszta wtajemniczonego towarzystwa.
A ona, najbliższa mu wówczas osoba, akceptowała w ciemno, w ciągu kolejnych trzech miesięcy, przez wszystkich innych dostrzegane symptomy poważnego urazu głowy. Nie dopytywała.

Natomiast Krzysztof, przecież znakomity laryngolog, niczego nie widział, patrząc na siebie w lustrze?
Jakąż to tajemnicę Komeda, Hłasko, Niziński, Abratowski i Ewa Krzyżanowska skrywali, że nawet Elana nie mogła się o niczym dowiedzieć?

Lekarz, prowadzący grypową kurację Komedy, Dr Peter Gabor, z którym Krzysztof również był zaprzyjaźniony, także nic nie słyszał, i niczego nie podejrzewał. Spisek?

Zarówno Zofia, jak i odwiedzający Krzysztofa przyjaciele, wspominali o nagłych objawach, które Dr Gabor nazwał "niekontrolowanymi i przypadkowymi, impulsywnymi odruchami".
Zmieniający się wyraz nieruchomego wzroku, łzy, wędrówki palców po pościeli, a nawet lekkie uściśnięcia dłoni Zofii, czy też szukających dotykiem kontaktu, witających się z nim przyjaciół.

Czasami ciche pojękiwania lub niezrozumiałe dźwięki. Kilka dni po operacji, nagłe poderwanie się do pozycji siedzącej, kiedy Wojciech Frykowski odtworzył na ustawionym w pobliżu łóżka adapterze kołysankę z "Rosemary’s Baby".
Niestety, jedynie na parę sekund. Stres mięśni - skwitował Dr Gabor.

Zofia Komedowa była odmiennego zdania. Twierdziła, że Krzysztof słyszy, być może również dostrzega, myśli, rozumie, pamięta i próbuje się komunikować. Ale nie mówi. To pewne.

Zofia Komedowa pozostała w Los Angeles wraz z leżącym w Midway Hospital Krzysztofem przez trzy miesiące.
Do 18 kwietnia 1969, gdy nie miała już żadnej możliwości dokonania innego wyboru. Niestety, na tym ostatnim, krótkim i bolesnym etapie ich wspólnego życia nie czekała na Komedów żadna, nawet najmniejsza, pozytywna niespodzianka.

Szpital odmówił przeprowadzenia kolejnej operacji, tym razem - jak to sugerował poproszony przez Zofię o konsultację zaprzyjaźniony lekarz, Dr. Otto Lauterbach - trepanacji czaszki i klasycznego zabiegu na odsłoniętym mózgu.
Kiedy Zofia Komedowa dotarła do Hollywood, dyrekcja szpitala już wiedziała, że Mr. Komeda będzie za chwilę kompletnym bankrutem. Jego lekarz, Dr Gabor, poza prywatną praktyką był jednocześnie pracownikiem szpitala. Proste. Ameryka.

Oszczędności, które w Stanach posiadał Krzysztof Komeda, wystarczyły na dwa pierwsze tygodnie.
Natomiast potem, po wyzerowaniu bankowego konta, zaczęła się dla Zofii żebranina.

Do czasu, ponieważ nawet najbardziej hojne dary finansowe amerykańskich przyjaciół - Romana Polańskiego, zaprzyjaźnionych pracowników Paramount Pictures, jazzmanów i jazz fanów, oraz osób jedynie pośrednio związanych ze środowiskiem Krzysztofa - nie były w stanie pokryć codziennych kosztów utrzymania.

Zaprzyjaźniony z Komedami adwokat, Wally Wolf, próbował negocjować z producentem "amerykańskich" filmów Komedy, wytwórnią Paramount Pictures, pokrycie narastającego w szpitalu zadłużenia poprzez szybkie wydanie płyt z muzyką z tych oraz innych filmów Krzysztofa, bezskutecznie.
W rezultacie, w zamian za bezterminowe przejęcie praw do muzyki z filmów "Rosemary’s Baby" i "The Riot", wytwórnia zobowiązała się do pokrycia zadłużenia, naliczonego do dnia zawarcia ugody. Natomiast szpital zawiadomił mecenasa Wolfa, że nie dostrzega możliwości ani sensu dalszego pobytu Mr. Komedy, zwłaszcza w ich izolatce.

W związku z tym, sugeruje szybkie przeniesienie chorego do jakiegoś innego, zapewne socjalnego szpitala. Czyli do umieralni, bez możliwości dostępu do jakiegokolwiek sprzętu specjalistycznego. A więc teoretycznie koniec drogi. Nikt już Zofii Komedowej nie potrafił pomóc.

Po wielu dyskusjach w gronie najbliższych przyjaciół, oraz konsultacji mecenasa Wally Wolfa, a także zmuszeniu Konsulatu Polskiego do pomocy, otrzymawszy od polskiego MSZ gwarancję częściowego pokrycia kosztów przelotu do Polski, i po nawiązaniu kontaktu ze szpitalem w Warszawie, Zofia pożyczyła od Wolfa brakujące do opłacenia biletów lotniczych dolary - łączny koszt przelotu wyniósł prawie dwa tysiące - i uciekła z Hollywood po raz drugi do Polski.

Praktycznie uciekła, ponieważ po pierwsze, jeszcze wierzyła w ocalenie Komedy i w ponowną operację, omawianą korespondencyjnie z warszawskimi neurologami.
A po drugie dlatego, że gdyby wytwórnia filmowa nie dogadała się ze szpitalem, a ten zgłosił zadłużenie jako zamierzone oszustwo czy też wyłudzenie, wtedy Komeda skończyłby w umieralni i został już na zawsze w LA, na jakimś oplecionym łańcuchami autostrad cmentarzu, a i ona, dopóki nie oddałaby długu, koczowałaby w jakimś tandetnym motelowym pokoiku, z widokiem na te same autostrady. I gdzie tu uciec, co zrobić i dokąd pojechać, gdy wokoło tylko Ameryka?

Krzysztof Komeda odszedł 23 kwietnia 1969. Trzeciego dnia po przylocie do Polski. W środę, kilka minut przed godziną czternastą.
Nie doczekał zaplanowanej na czwartek operacji. Jeszcze w Midway Hospital zapadł na zapalenie płuc.

W dniu opuszczenia szpitala było już obustronne, ale tej informacji nie umieszczono na karcie informacyjnej.
Odkryli to dopiero lekarze w londyńskim szpitalu, gdzie spędził noc po przelocie nad Atlantykiem. Za późno. Trzy miesiące w śpiączce, błędnie zdiagnozowany i niewłaściwie leczony, nękany chorobami, wychudły, krańcowo osłabiony, pozbawiony odporności. Na cokolwiek było już za późno.

Marek Hłasko, najbliższy hollywoodzki przyjaciel, ale i bezpośredni sprawca tragedii, nie wybaczył sobie tych kilku chwil alkoholowego szaleństwa na mrocznej, nocnej Oriole Lane. "Jeżeli Krzysio umrze, to i ja pójdę" - tak stwierdził, przesiadując w szpitalnej poczekalni.
Hłasko, następnego dnia po Krzysztofie i Zofii, odleciał do Izraela, na plan filmowej fabuły, realizowanej na podstawie jego opowiadania. Po latach tułaczki i podłego życia, powracał do swojej Europy jako uznany, cieszący się popularnością pisarz.

O śmierci Krzysztofa Komedy dowiedział się podobno dopiero 13 czerwca 1969, po przybyciu z Izraela do Niemiec, do Wiesbaden. Odszedł w nocy z 13 na 14 czerwca 1969. Przyczyną śmierci było zatrzymanie akcji serca na skutek połączenia środków farmakologicznych z dużą dawką alkoholu.

Marek "Nizich" Niziński cierpiał po śmierci Komedy, następnie Marka Hłasko, Wojciecha Frykowskiego i Abigail Folger, jego amerykańskiej partnerki, a także Sharon Tate, żony Romana Polańskiego, i Jaya Sebringa, hollywoodzkiego fryzjera gwiazd. Wszystkich fotografował.

Ten wątły i utykający, podobnie jak Komeda, na porażoną chorobą Polio nogę, utrzymywany i rozpieszczany przez matkę, genialny fotografik oraz niedoszły metaloplastyk, pisarz i poeta, pogrążył się w depresji, pijąc, rozpaczając nad losem innych, lecz przede wszystkim swoim, i szalejąc po stanowych, nocnych highwayach otrzymanym w prezencie od matki żółtym Dodge Challengerem.

Odszedł w styczniu 1973, niecałe cztery lata po Krzysztofie Komedzie. "Przepraszam, nie mam już siły...". Tak zdecydował, odkręcając gaz i popijając tabletki nasenne dużą dawką alkoholu. Parę tygodni przed odejściem zgromadził w stos i podpalił wszystkie fotografie, jakie kiedykolwiek wykonał.

Matka Marka Nizińskiego, Ewa Krzyżanowska, pochowała syna, rozsypując jego prochy nad falami Pacyfiku.
Ostatnie lata swojego długiego życia spędziła w Polsce, w ukochanym Zakopanem, a potem w Warszawie, w pobliżu Zofii Komedowej i jej syna.

Z kilku kolejnych, zapewne nostalgicznych wypraw, czy też powrotów do LA przywoziła sukcesywnie, zdeponowane przez najbliższych w jej mieszkaniu, przedmioty z dawnych lat.
Rękopisy Hłaski, które przekazała jego matce, Marii. Maszynę do pisania, którą zabrała ze sobą do Hollywood lecąca tam po raz pierwszy Zofia. Pewnie myślała, że - tak samo jak w Europie - będzie nadal menadżerem Komedy.

Maszyna wylądowała na biurku Hłaski, kiedy w napadzie depresji wyrzucił swoją przez okno.
Fotografie, listy i rodzinne bibeloty. Kompletnie nieczytelny, bazgrany pamiętnik Hłaski. Biblię i drewniany, stojący krzyżyk. Dwa stare albumy z jeszcze starszymi fotografiami.

Powróciła do ojczyzny, ale pozostała samotna. Opowiadała, opowiadała i opowiadała.
Była urodzoną narratorką. Wystąpiła w dwóch dokumentach i zabrała głos w kilku radiowych audycjach. Przez ostatnie lata życia dyktowała synowi Komedowej wspomnienia o swojej drodze do Ameryki, ale przede wszystkim o Komedzie, Hłasce i o "Nizichu".

O ostatnich takich przyjaciołach. "Nie budź mnie, proszę, daj zasnąć..." - powiedziała synowi Zofii, kiedy cmoknął ją w policzek, pochylony nad jej szpitalnym łóżkiem. I zasnęła na zawsze. Kilka tygodni wcześniej spaliła wszystkie swoje fotografie oraz dokumenty.

Elana Cooper 6 czerwca 1969, sześć tygodni po odejściu Krzysztofa Komedy, wstąpiła w związek małżeński z Fredem Myrowem, utalentowanym kompozytorem, późniejszym autorem dwudziestu ośmiu kompozycji filmowych, oraz przyjacielem Jima Morrisona, wokalisty grupy The Doors. Swego przyszłego małżonka poznała na przyjęciu u Bronisława Kapera, tego samego wieczoru, co i Krzysztofa Komedę.

Zofia Komedowa już nigdy nie związała się z nikim na stałe. Bo jak tu pielęgnować nowy związek, kiedy przy łóżku, na komodzie i na ścianach stoją oraz wiszą fotografie Komedy.
Pozostała w Warszawie. Nadal mieszkała w swoim, lecz przecież również Krzysztofa, mieszkaniu na Żoliborzu, i pracowała jako menadżer w Polskim Stowarzyszeniu Jazzowym.

Nie podtrzymała rodzinnych związków, ograniczając je do koniecznych, także z synem. Zabrakło jej siły, czy też nadal zbyt bolało.
Więc mieszkała samotnie. Czasami, przez kilka miesięcy - z którąś z bliskich przyjaciółek, kiedy już kompletnie nie radziła sobie z depresją.

Jak kameleon, kiedy trzeba elegancka i zdystansowana businesswoman, a kiedy indziej wpisująca się w klimaty chwil jazz-fanka, doprowadziła do wydania nut z najważniejszymi kompozycjami Komedy, serii płyt z jego muzyką, zgromadziła pamiątki, oryginalne zapisy nutowe, listy, dokumenty i fotografie.

Pracując w PSJ, wypromowała wiele gwiazd polskiego jazzu. Budowała w charakterystyczny dla niej, przypominający szalejące tornado sposób kolejne projekty, snuła plany.
A równolegle... Regularne wizyty w szpitalu dla nerwowo chorych w Komorowie, dwie próby samobójcze, zakaz przebywania w warszawskim klubie SPATiF.

Plotki. Coraz dotkliwsze, wyszydzające jej zachowania plotki i pomówienia, a nawet doniesienia prasowe. Tysiące tabletek Relanium, setki butelek alkoholi. Przegrywała i traciła grunt pod stopami.
Zniknęła w lecie 1975, wraz z kolejnym, tym razem znacznie młodszym partnerem, i zamilkła, zrywając wszelkie kontakty.

Po paru tygodniach zatelefonowała, informując, że jest w Bieszczadach, i jest jej bardzo dobrze.
25 czerwca 1976, po ponad półrocznym milczeniu, Zofia wezwała swojego syna Tomasza na pilną rozmowę. Zapamiętał tę datę. Następnego dnia rano jechał w stronę wyznaczonego miejsca spotkania, do Chmiela nad Sanem, małej wioski w Bieszczadach.

Kupiła górę, nie taką znowu wielką, ale z widokiem na San i połoniny. Rozpoczęła budowę pensjonatu. Niewielkiego, tylko kilkanaście pokoi. Nie zbudowała.
Mieszkała przez ponad dwie następne dekady w stojącej na skarpie z widokiem na San niewielkiej, wyremontowanej owczarni. Podpadła miejscowym notablom, więc ją skutecznie wykończyli, uniemożliwiając kontynuowanie budowy.

W sprawie Komedy nadal była czynna i dynamiczna, w nieustającej podróży. Dziesiątki spotkań z jazzfanami i miłośnikami filmowej twórczości Komedy.
Prelekcje i koncerty. Wywiady oraz publikacje prasowe i filmy dokumentalne.

Uzupełniała kolejnymi zdobyczami stojącą w żoliborskim mieszkaniu, pęczniejącą archiwaliami komodę. "Archiwum Krzysztofa Komedy" - tak je nazwała.

Wydała w formacie CD kompletne nagrania muzyki Komedy. Ale ani słowa o "amerykańskim" Krzysztofie, i niewiele o rodzinnym życiu. Jeżeli już konieczne, to wyłącznie zdawkowe informacje.

Zofię Komedową dogoniła przeszłość oraz hollywoodzkie prawdy Frykowskiego i Abratowskiego, które wsiąkały, wsiąkały i pozostały.
Nie oni jedni opowiadali, a także publikowali. Nie tylko na ten temat.

Specyficzne, artystyczne środowisko przełomu lat 50. i 60. Życie na krawędzi i na kreskę, alkohol, ryzykowne zachowania, post-wojenne traumy, środowiskowa swoboda obyczajowa i presja konieczności wygranej.
Żądza zrobienia kariery za wszelką cenę. Przecież nie była inna. Wręcz odwrotnie, to ona wygrywała! Dla siebie, dla Krzysztofa Komedy.

Córka ziemianina i legionistki, miała solidny kręgosłup moralny. Ale i spontaniczne, czasami szalone, młode życie, tak jak i Komeda. Podobno mężczyźni więcej mogą i więcej się im wybacza. Zofii nic nie wybaczono.

Wylądowała w Los Angeles po raz pierwszy, a już na pewno po raz drugi wraz z balastem swojej przeszłości.
I tak została przyjęta. Ci, którzy poznali Zofię Komedową dopiero w LA, polubili ją i szanowali, podziwiali i pomagali, by następnie pozytywnie wspominać, utrzymując z nią kontakt przez długie lata.

Natomiast ci, którzy znali ją jeszcze w kraju, rok po roku i dekada za dekadą - coraz gorzej! Więc zamknęła się w sobie i przestała reagować.
Zarówno na coraz dziwniejsze, w miarę upływu czasu, wspomnienia osób, które nie zawsze były jej bliskie, a nawet znane, jak również na kolejne, pojawiające się cyklicznie odkrycia i ujawnienia nieznanych, wstrząsających i najczęściej kompletnie wydumanych faktów, dotyczących pobytu Krzysztofa w Hollywood.

Staszek Otałęga, nowojorczyk i były jazzman z Krakowa, oraz jego serdeczny kumpel, Marek "Karo" Karewicz, fotografik i dusza jazzowego środowiska.
Jan Byrczek, kontrabasista z Tria Komedy i prezes Polskiej, a następnie sekretarz generalny Europejskiej Federacji Jazzowej.

Jego przyjaciel, Jerzy Kosiński, pisarz, znający się z Komedami jeszcze z Krakowa, z lat 50. Dramatopisarz i rysownik, Sławomir Mrożek, bliski kolega Zofii z tego samego okresu.
Jan Chęciński, mieszkający w LA producent filmowy. Andrzej Czyżewski, kuzyn oraz biograf Marka Hłaski, próbujący podważyć wersję o jego winie. Matka "Nizicha", Ewa Krzyżanowska. Aktorka Elżbieta Czyżewska - Zofia bardzo ją lubiła, a jednocześnie posądzała o wieloletni romans z Krzysztofem, bez dowodów.
A także były mąż Elżbiety Czyżewskiej, serdecznie zaprzyjaźniony z Komedą od czasu pierwszego festiwalu jazzowego w Sopocie, od 6 sierpnia 1956, reżyser Jerzy Skolimowski.
Gene Gutowski, producent filmowy, przyjaciel Romana Polańskiego i jego polski partner biznesowy. Jan Zylber, perkusista z pierwszego składu Sekstetu Komedy i rzutki międzynarodowy handlowiec.



Wszyscy starali się rozwikłać i wyjaśnić wątpliwości, dotyczące nadal zagadkowej śmierci Krzysztofa.
Może to nie Hłasko, tylko wypadek na nartach? Albo ujawniające się po wielu latach u osób, które w dzieciństwie chorowały na chorobę Heinego-Medina, powikłania post-Polio? Występują w postaci objawów neurologicznych, nawet na skutek niegroźnego wypadku, takiego, jak Komedy. Wszyscy dyskutowali, wymieniali informacje oraz poglądy.

Zofia Komedowa unikała opowiadania o swoich hollywoodzkich przeżyciach przez ponad dwadzieścia lat. Pomimo udzielenia setek wywiadów, opublikowania szeregu artykułów oraz udziału w filmach dokumentalnych, przekazywana przez nią wiedza ograniczała się nadal do informacji podobnych tym, jakie przesłała synowi w pierwszym liście.

Pisemne potwierdzenie - relacja z przeprowadzonej z Komedą rozmowy, w której Krzysztof opowiadał o incydencie z Markiem Hłasko - pojawiło się po raz pierwszy w 1984, w autobiografii Romana Polańskiego "Roman by Roman Polański".

Ale pierwszy opisał te wydarzenia Marek Niziński w londyńskiej polonijnej prasie, 27 stycznia 1971.
Zofia wydała swoje wspomnienia w czerwcu 1996. Książka "Komeda, Zośka i inni" opowiada o jej dzieciństwie, młodości, dojrzałości i życiu z Komedą. Ale o Hollywood nadal tylko tyle, ile przed laty.

A kiedy ktoś pytał, drążył i dopytywał, czy też miał inne zdanie, skreślała taką osobę w swoim telefonicznym notesie.
Nawet kochaną i szanowaną Ewę Krzyżanowską, gdy dowiedziała się, że ta dyktuje swoje wspomnienia jej synowi, Tomaszowi Lachowi. Czy czegoś się obawiała?

Tak, ale nie dalszych sensacji. Szkoda, że ich nie doczekała. Biorąc pod uwagę jej poczucie humoru, świetnie by się bawiła. Śledztwo w sprawie "amerykańskiego" Komedy nie zakończyło się wraz z odejściem Zofii w sierpniu 2009.
Nadal pojawiały się kolejne, w wypadku jej osoby coraz częściej krytyczne, wypowiedzi w dokumentach filmowych, a również tabloidowe publikacje.

Zofia naprawdę czegoś się bała - ujawnienia pewnego brulionu. Drugiego dnia po operacji Komedy, w czwartek 26 grudnia 1968, Marek Niziński położył na blacie stolika stojącego u wezgłowia szpitalnego łóżka niewielki, tandetny szary brulion, a obok długopis.
Inicjatywa Ewy Krzyżanowskiej, by odwiedzające Krzysztofa osoby mogły coś w nim napisać. Również Krzysztof. Kiedyś, kiedy się ocknie z głębokiego snu, rozejrzy z zaciekawieniem wokoło i dostrzeże brulion. Uniesie i przeczyta w nim, że wszyscy na niego czekają. Pozdrowienia i życzenia powrotu do zdrowia, wyrazy miłości.

Notes wyparował. Leżał na szafce przy łóżku, kiedy Zofia czytała go po raz pierwszy. Ale, gdy pakowała Krzysztofa przed odlotem do kraju, zniknął.
Zarówno Zofia, jak i Ewa Krzyżanowska pisały o nim, cytując jako przykład wpis Romana Polańskiego: "Roman. Cześć. Co po tamtej stronie?". Pisały z pamięci, ponieważ mimo tego, że stanowił własność Zofii Komedowej, pomimo ponawianych przez nią żądań zwrotu, brulion nigdy do niej nie powrócił. Pojawił się dopiero po jej odejściu, przekazany do Archiwum Krzysztofa Komedy w Bibliotece Narodowej.

22 stycznia 1969. Los Angeles, Kalifornia. Midway Hospital. Sala, w której leży nieprzytomny Krzysztof Komeda. Ranek.
Zofia przyleciała do LA poprzedniego wieczora. Zbyt późno, aby pojechać do szpitala. Przenocowała u Henryka Grynberga i Krystyny Walczak, których znała jeszcze z kraju.

Nic nie wie, zarówno na temat stanu zdrowia Krzysztofa, jak również jego sytuacji materialnej. Zastanawia się, czy dojdzie do konfrontacji z Elaną, a także, czy romans nadal trwa. Nikt nie chce z nią o tym rozmawiać.
Ale już wie, że być może spotka Wojciecha Frykowskiego. Poinformował ją o tym Marek Niziński. Lecz nadal nie zdaje sobie sprawy z tego, co już się wydarzyło. Z mechanizmu, który został uruchomiony. Nie wie, że Elana Cooper, Wojciech Frykowski i Jerzy Abratowski już dwa tygodnie wcześniej wysłali listy do rodziców Komedy. Nic nie wie.

Po rozmowie z lekarzem prowadzącym, Dr. Peterem Gaborem, z której dowiedziała się o terminalnej kondycji swojego męża, wchodzi do izolatki.
Podchodzi wolno do łóżka i staje w taki sposób, by pojawić się w polu widzenia Krzysztofa. Zamiera. Wydech, wdech, wydech. Wstrzymuje łzy, gromadzące się pod powiekami, i powstrzymuje emocje. Żeby tylko nie dostrzegł! Siada na krawędzi łóżka i przesuwa dłonią po prześcieradle, okrywającym nieruchomą, wychudłą i dziwnie niewielką, jakby zapadłą w siebie, skrytą pod nim postać.

Dłonie. Leżące na prześcieradle tak grzecznie, jak te uśpionego małego dziecka. Wychudłe, lecz nadal silne, nabrzmiałe żyłami dłonie pianisty.
Sportowca, kochanka i partnera. To dłonie jej miłości. Dłoń lewa, tuż przy niej, drga ledwie dostrzegalnie wędrując milimetrowym ściegiem w rytm dalekiej jazzowej podróży.

Powoli i ostrożnie, bo przecież nie wierzy i nadal nie rozumie, Zofia ujmuje ją swoją dłonią. Cisza. Cisza.
Po chwili trwającej tak długo, jak lot ponad Atlantykiem, w nieruchomych, patrzących przed siebie i zamglonych oczach Krzysztofa pojawiają się... Łzy? Tak! Jedna, druga, trzecia, czwarta. Teraz i ona płacze. Skrycie i bezdźwięcznie. Żeby tylko nie dostrzegł... Wyczuwa leciutkie, jak dotyk lądującego na ramieniu jesiennego liścia, uściśnięcie dłoni.

Więc Krzysztof czuje, myśli i rozumie! Poznał ją, i teraz już to wie! Wie, że to kompletnie nie jest ważne, co kiedyś pomiędzy nimi się wydarzyło.
Że tylko miłość! I teraz ona, jego Crazy Girl, szalona Zośka jest już przy nim! Nic mu więcej nie grozi. Rozgląda się po wnętrzu szpitalnej sali.

Niewielka, ale z szerokim, przesłoniętym storami oknem. Przenikające przez zasłony, padające na łóżko promienie niskiego, nadal zimowego słońca, kreślą na linoleum podłogi długie cienie.
Dwa ustawione pod ścianą zielone plastikowe fotele. Na ścianie wielobarwny, jak pełnia lata w Arles, impresjonistyczny oleodruk, a poniżej niewielki stół z adapterem oraz kilkoma leżącymi obok płytami, a także wazon z bukietem kwiatów. Żółte.

Takie Krzysztof lubi najbardziej. Przy wezgłowiu łóżka stoi szpitalniany stolik. Na nim Biblia, drewniany krzyżyk, naczynie z wylewką do przepajania obłożnie chorych. I długopis. A obok leży szary brulion...

List Zofii Komedowej, adresowany do jej brata, Stefana. Pierwsza relacja z piekła, jakim okazało się dla niej Hollywood.
"23 stycznia 1969
Drogi Stefanie!
Sprawy moje wyglądają gorzej niż tragicznie. Krzysztof został nędzarzem, i nie wiadomo, czy kiedykolwiek wróci do zdrowia.
W Ameryce za leczenie płaci się samemu, a on miał tylko 4 tys. do tej chwili. Szpital kosztuje 30 tys. dolarów (łącznie z operacją), a każdy następny tydzień 3 tysiące.
Jest właściwie nieprzytomny i częściowo sparaliżowany, nie mówi. W tym stanie zdrowia jak przewidują lekarze ma pozostać jeszcze 3 do 6 miesięcy.

Na razie nie kontaktuj się z Krzysia rodzicami, bo nie wiem, ile wiedzą, to starzy ludzie, chorzy.
Moim całym wysiłkiem tutaj będzie walka, by go nadal utrzymać w szpitalu i leczyć jak dotąd, chociaż nie mam na to pokrycia finansowego.

Sama od poniedziałku idę do pracy, do szwaczki polskiego pochodzenia, by zarobić na swój jaki taki pobyt.
Mamusi zostawiłam pieniądze na trzy miesiące, Tomkowi na dwa, mieszkanie opłacone i telefon za dwa miesiące z góry. Liczę na to, że potem Krzysia rodzice i siostra będą pokrywać moje koszty w Polsce.

Krzysztof, jeżeli przeżyje przez te 6 miesięcy, musi pozostać jeszcze w sanatorium około roku też tutaj. Wykluczone jest przewiezienie go do Polski! Myślę, że od wakacji ściągnę Tomka tutaj, bo nie wyobrażam sobie rozstania z nim na przeszło rok.
Zrozumie wtedy, co to jest "cudowny Zachód" bez pieniędzy, i jak należy kochać swoją ojczyznę, gdzie człowieka chorego leczy się za darmo!
Tak zawsze chciałam żyć i pracować w Polsce, a teraz nie wiem kiedy do niej wrócę.

Jeżeli Bóg da, że Krzysztof kiedyś wróci do władz umysłowych, może wtedy zrozumie, dlaczego go opuściłam i wróciłam do Polski.
Zawsze chciałam i pracowałam na to przez 12 lat, by był świetnym muzykiem. Nie chciałam jednak męża - kukły hollywoodzkiej.

Był na szczycie bożyszczem gwiazd i gwiazdeczek, a teraz został prawie sam z żoną szwaczką, tak jak zaczął 12 lat temu.
Całe szczęście, że to do niego nie dociera, do tej jego biednej głowy. Nikt z jego wspaniałych przyjaciół nie wyciągnął do mnie ręki z pomocą.

Mieszkam u Polaków, których znam jeszcze z Polski, biednych jak ja prawie, pracujących fizycznie. Zaproponowali mi pomoc, szukają pracy i na razie karmią.
Napisz do Tomka, pociesz go, zabierzcie go na Święta.
Dzwonili z naszej ambasady, czy mi w czymś nie pomóc, ale przecież nie mają pieniędzy. Skąd by wzięli po 3 tys. dolarów tygodniowo. Napiszę do nich, by mi przynajmniej ułatwili sprowadzenie Tomka w lecie.

Od poniedziałku idę do wieczorowej szkoły języka angielskiego dla obcokrajowców. Jak wytrzymam - nie wiem, ale jestem twarda i pracy się nie boję, jakkolwiek moja najbliższa rodzina miała o mnie zawsze inne wyobrażenie. Proszę cię, byś ten list przeczytał Krzysia rodzinie.
Mogą się na mnie obrazić, ale tego sobie życzę, by wiedzieli, co piszę do innych.
Piszcie do mnie.
Zofia"

Zofia Komedowa spędziła ostatnią dekadę swojego życia w jej mieszkaniu na warszawskim Żoliborzu, przy Alei Wojska Polskiego 12.
Sama. Samotna z własnego wyboru. W kolejnych wywiadach, czy też dokumentach, opowiadała radośnie, w charakterystyczny dla niej sposób, o swojej młodości, wieku dojrzałym i o Komedzie. O polskim jazzie, kinematografii i środowisku artystycznym lat 50. i 60. Ale nie o Hollywood.

Rok przed swoim odejściem przekazała synowi zgromadzone i chronione jak największą świętość archiwum Krzysztofa Komedy. Ale nie swoje.
Syn odnalazł je po jej śmierci, otwierając walizkę, ukrytą we wnętrzu wersalki. Ponad tysiąc stron ręcznie pisanych wspomnień, fotografie z okresu wczesnej młodości, jej tylko dotyczące dokumenty, notesy telefoniczne, rachunki sprzed kilkudziesięciu lat.

Stare portfele, zbyt słabe już okulary, wizytówki, niewykupione recepty. Dziesiątki nagranych przez nią kaset magnetofonowych. Kilkanaście, w większości smutnych, i kilka podłych listów.
Tylko jeden, który zachowała w swojej codziennej pamięci. Oprawiona w ramkę kartka papieru, stojąca w jej kolejnych sypialniach na półce z książkami.

List od Henryka Warsa, mieszkającego w Hollywood słynnego polskiego kompozytora:
"Henry Vars, 25 kwietnia 1969.
Kochana Zosiu,
Tragiczna wiadomość o śmierci śp Krzysztofa dotarła do nas wczoraj wieczorem i natychmiast powiadomiliśmy wszystkich jego znajomych i przyjaciół.
Zamiast kondolencyjnej depeszy postanowiliśmy wysłać ten list, który na pewno lepiej wyrazi nasze uczucia dla Pani i jeszcze raz podkreśli nasz głęboki żal z powodu przedwczesnej śmierci tak utalentowanego młodego człowieka, jakim był Krzysztof.

W tym ciężkim dla Pani momencie wierzymy, że Pani okaże siłę ducha i wytrzymałość. Niech będzie dla Pani pocieszeniem fakt, że zostawiła Pani tutaj w Los Angeles serdecznie oddanych przyjaciół, którzy zawsze będą gotowi okazać Pani pomoc, gdyby ta się okazała potrzebna.
Pani niezwykła dzielność, prawdziwa lojalność i oddanie dla sprawy ratowania męża zaimponowała nam i innym. W całym tym splocie tragicznych wydarzeń Pani pozostała w naszej pamięci jako uosobienie wierności i czystego charakteru, pozbawionego cienia egoizmu. Prosimy przyjąć te słowa jako wyraz naszego serdecznego współczucia i głębokiej przyjaźni.

Oddani Elżbieta i Henryk".

Tomasz Lach © Jazz Forum 2018 Cz. 1 http://jazzforum.com.pl/main/news/listy-w-sprawie-komedy Cz. 2 http://jazzforum.com.pl/…/news/listy-w-sprawie-komedy-cz.-ii Fot. Wirtualne muzeum Krzysztofa Komedy https://www.komeda.pl/muzeum/muzeum.html