Krzysztof Waśniewski (w Stodole w latach 1956 – 1965)

 
Krzysztof Waśniewski (fot. A. Rumianowski)

Krzysztof Waśniewski (fot. A. Rumianowski)

Krzysztof Waśniewski w pokoju Muzeum Jazzu podczas darowania kolejnych pamiątek z ubiegłych lat. (fot. A. Rumianowski)

Krzysztof Waśniewski w pokoju Muzeum Jazzu podczas darowania kolejnych pamiątek z ubiegłych lat. (fot. A. Rumianowski)

DZIĘKUJĘ

„Czy kolega mógłby mnie wprowadzić na wieczorek?” „Dobrze, tylko pokaż legitymację... O nie panienko. Rocznik 1939. Idź do domu słupki liczyć, przyjdź za rok. Przykro mi.”

Takie właśnie i podobne dialogi można było słyszeć, jeszcze niedawno, w czwartki, soboty i niedziele, od godz. 17 przed „Stodołą” na ul. Emilii Plater, gdzie gromadziły się tłumy młodzieży. Studenci Politechniki Warszawskiej byli nieubłagani – tylko oni mieli prawo wprowadzać dziewczyny i to pełnoletnie (18 lat), tylko oni wiedzieli, że bramkarze nie popuszczą... Mimo to na parkiecie, ściślej na dechach Klubu, nie brakowało nigdy pań, którym do 18-stki wiele jeszcze brakowało.

Jeszcze niedawno...? Chłopie, co ty wypisujesz?! Przecież to już ponad pół wieku minęło, obudź się! Te panienki to dziś emerytowane damy, babcie, a nawet prababcie!

Rzeczywiście, pora wrócić do rzeczywistości, choć to troszkę przykre, że się jest już takim starym piernikiem. Dla porządku dodam tu jeszcze, że sam miałem poważne kłopoty, żeby wejść na wieczorek do Klubu. Nie byłem ani studentem, ani absolwentem PW. Z pomocą przyszedł mi dawny Kolega z szachów, Tadzio Łojek – podpora kabaretu „Stodoła”. Przez kilka miesięcy wchodziłem do Klubu dzięki kartkom papieru, na których Tadzio pisał: „Uprzejmie proszę o wpuszczenie na wieczorki taneczne w dniach........ Kolegi Krzysztofa Waśniewskiego.” W końcu władze „Stodoły” zlitowały się...

Ze skruchą przyznaję – dla „Stodoły” nie zrobiłem nic. No, może poza spłodzeniem jednego tekstu poświęconego Klubowi, opublikowanego w „Sztandarze Młodych”, chyba w 1959 r. I poza wypożyczeniem na któryś jubileusz (w 1981 r. lub w 1986 r.) wielu cennych dla mnie pamiątek. Wszystkie przepadły – wśród nich m.in. piękny, kolorowy program I Ogólnopolskiego Festiwalu Kultury Studenckiej (Kraków, 1959 r.), podczas którego Kabaretowi „Stodoła” przyznano I nagrodę – za „Króla Ubu’.

A w „Stodole” przez te 10 lat balowałem, balowałem i balowałem... bez umiaru. Wieczory spędzone, bądź co bądź dość dawno, na Emilii Plater i na Trębackiej wciąż jednak wspominam i będę wspominać do końca życia. Cudowna rozrywka, wokół cudowni ludzie! I dlatego, z okazji jubileuszu 60-lecia Klubu, chciałbym serdecznie podziękować Tym Wszystkim, dzięki którym te wspaniałe wspomnienia pozostały w mojej pamięci do dziś. Na pewno wiele Koleżanek i Kolegów pominę – pokornie proszę o wybaczenie.

Przede wszystkim dziękuję muzykom – dzięki Wam całym sercem pokochałem jazz, zwłaszcza ten stary, rodem z Nowego Orleanu. Muszę tu zacząć od Janusza Zabieglińskiego – z Nim czułem się najmocniej związany emocjonalnie. Z wielu innych świetnych instrumentalistów ze „Stodoły’ i „Hybryd” (przecież była to jedna rodzina!) najbardziej utkwili mi w pamięci: trębacze – Wiesio Eyssymont, Boguś Styczyński i Witek Zychowicz, puzoniści – Wojtek Kacperski, Zbyszek Namysłowski (to nie pomyłka!) i Bogdan Próba, pianiści – Tomek Bolechowski, Witek Krotochwil, Krzysio Sadowski i Gwidon Widelski, kontrabasiści – Andrzej Kozakiewicz, Zdzisław Orłowski, Janusz Rafalski i Adaś Skorupka, gitarzyści – Andrzej Cioch, Boguś Kulczycki i Janusz Sidorenko, perkusiści – Jurek Bartz, Tadzio Federowski i Jurek „Pekin” Podgórski, klarnecista – Włodek Kruszyński i wibrafonista – Józef Gawrych.

Dziękuję również big-beatowcom z Trębackiej – Tajfunom, Chochołom i Pesymistom. Wasze gitary zawsze brzmiały przepięknie, dzięki Wam poznałem co to takiego twist i madison. A jak kilkanaście lat temu przypomnieliście o sobie w Sali Kongresowej – wzruszyłem się i momentami wydawało mi się, że to znów Trębacka… I dawne, dawne lata…

Ale żeby można było tak sobie beztrosko balować w rytm jazzu i bigbeatu oraz korzystać z wielu innych dobrodziejstw „Stodoły” – to przecież ktoś musiał o to wszystko zadbać. Ktoś musiał wszystko zaplanować, zorganizować, skoordynować, przypilnować żeby cały ten mechanizm sprawnie funkcjonował. Dlatego też gorąco dziękuję wszystkim naszym szefom: administracyjnym, organizacyjnym, technicznym, artystycznym, muzycznym i innym – w szczególności Jankowi Banatowi, Jankowi Biczyckiemu, Jurkowi Bojanowskiemu, Jankowi Borkowskiemu, Mietkowi Borkowskiemu, Januszowi Dolindowskiemu, Włodkowi Drzewieckiemu, Wojtkowi Olszewskiemu, Jurkowi Rolce, Waldkowi Rybakiewiczowi, Andrzejowi Zarębskiemu… Gdyby nie Wy, „Stodoła” na pewno nie byłaby tym czym była! A była wówczas – i jest to stwierdzenie bezdyskusyjne – chlubą studenckiej kultury i to w skali ogólnokrajowej!

Dziękuję moim Kolegom – balowiczom. Dzięki Wam miło upływał mi czas na wieczorkach klubowych, mieliście zawsze poczucie humoru i niesamowitą kondycję, której zawsze Wam zazdrościłem. Było Was wielu, ale najlepiej zapamiętałem harce i igraszki w wykonaniu Gienia Frajera, Witka Podoleckiego, Henia Melomana, Jurka Optyka, Jaskuły, Czarka, Huberta, Maciusia i Maksa. Chłopaki, pardon Panowie – Waszych popisów baletowych nie powstydziliby się Fred Astaire i Gene Kelly! Byliście niesamowici!

Wreszcie dziewczyny…Tu być może i chciałoby się powspominać troszkę więcej, ale z powodów dla wszystkich oczywistych muszę zachować pełną powściągliwość. To znaczy wymienię jedynie dwie Panie: Izę i Tereskę. Niekwestionowane królowe tańca, bezkonkurencyjne na dechach „Stodoły” (i nie tylko). Pisząc to, zastanawiam się – to możliwe, żeby już przekroczyły 50-tkę? Chyba jednak możliwe – ale naprawdę, trudno to sobie wyobrazić, jeszcze trudniej w to uwierzyć. Ta refleksja dotyczy zresztą wszystkich Dam z Emilii Plater i Trębackiej. A może i z Nowowiejskiej…? W każdym razie Drogie Panie – i Wam za wszystko bardzo dziękuję. Choć nieraz dałyście mi kosza, gdy ośmielałem się prosić Was do tańca.

Krąg Pań i Panów, o których chciałbym wspomnieć w tym dziękczynnym tekście jest trochę szerszy. Nie sposób przecież pominąć wielu Osób, zasługujących na miano żywych symboli naszego Klubu. Pani Tosia – bufetowa. Pan Kazimierz – gospodarz. Jurek Szelągowski – plastyk. Fotograficy – Janek Doda, Zbyszek Wojewódzki, Wiesiek Zieliński… Wreszcie tuzy Kabaretu – Krysia Chimanienko, Fredzia Elkana, Sława Przybylska, Irenka Zachorczyńska, Krzysio Dzikowski, Andrzej Krajewski, wspomniany już Tadzio Łojek, Kazio Pieńkowski, Andrzej Rozdejczer, Jasio Stanisławski, Krzyś Świętochowski…

A takie indywidualności jak Ewa Bem, Elżbieta Jodłowska, Magda Umer, Wojtek Gąssowski, Andrzej Rosiewicz? Albo Staszek Tym, uchodzący co prawda za człowieka STS-u, ale przecież to jeden z najstarszych stażem Stodolarzy?! Iluż wspaniałych ludzi wyszło ze „Stodoły”!

Na szczęście nie straciłem zupełnie kontaktu z kompanami z balang sprzed lat. Dawni Prezesi Klubu powołali do życia Klub pod nazwą „Stara Stodoła” (przy ul. Batorego 10), a Krzysztof Boguszewski ze wsparciem Marka Karewicza – Klub pod nazwą „Tygmont” (przy ul. Mazowieckiej 6/8). Starzy Stodolarze znów się czasem spotykają, a spotkaniom tym towarzyszy na ogół to, co najlepsze – czyli stary, dobry jazz!

Gawędzimy więc sobie… i niestety dość często tematem wiodącym są medykamenty. „Czy Apap jest lepszy od Paracetamolu?” Albo: „Wiesz, Saridon jest doskonały, Pyralginu już w ogóle nie biorę.” Cóż, czas robi swoje… Nie brakuje też sporów politycznych – w końcu każdy z nas ma swoich wymarzonych orłów i sokołów, w których widzi potencjalnych uzdrowicieli naszej Ojczyzny.

Ale najczęściej mimo wszystko rozmawiamy, jak nie trudno się domyślić, o jazzie – i gdy jednocześnie słuchamy cudownych bluesów czy innych standardów, to znów mamy po 20, no góra po 25 lat! Zapominamy wówczas o nadciśnieniach, reumatyzmach, cholesterolach i innych diabelstwach, jesteśmy gotowi tańczyć, śpiewać, radować się wszystkim co wokół…

Podczas tych spotkań poznałem też – i bardzo jestem z tego rad – młodsze pokolenie świetnych artystów rodem ze „Stodoły” i wielu innych młodszych, kochanych Stodolarzy z Nowowiejskiej i Batorego. Pozwólcie, że wymienię tu Ewę i Krzysia Konarzewskich, Krysię Lipińską, Basię Maj, Jolę Marciniak, Wojtka Kamińskiego, Jurka Karpińskiego, Zbyszka Konopczyńskiego, Piotra Miksa, Witka Mirskiego, Krzysia Niżyńskiego, Kryspina Pucickiego, Andrzeja Śmigielskiego, Pawła Tartanusa, Jurka Więckowskiego, Janka Woronko, Janka Wosia…

Udało mi się też odnowić kontakty ze starymi (oczywiście stażem) Stodolarzami: Alą i Wojtkiem Wojtkowiakami - filarami Zespołu Pieśni i Tańca Politechniki Warszawskiej, Bogusiem Paszkiewiczem, Witkiem Rosenbergiem i Krzysiem Wilskim - jazzmenami od kołyski oraz z Tadziem Górnym – specem od literatury pięknej. Bliżej poznałem wspaniałych ludzi, znawców, pasjonatów i popularyzatorów jazzu – Pawła Brodowskiego, Marka Gaszyńskiego, Marka Karewicza, Krzysztofa Karpińskiego i Andrzeja Rumianowskiego.

Twórcom „Starej Stodoły” i „Tygmontu” bardzo, bardzo dziękuję. Pomysł utworzenia tych Klubów był przedni i mam nadzieję, że nie jestem w tej opinii odosobniony.

Trzem dżentelmenom spod znaku „Stodoły” pozwolę sobie poświęcić trochę więcej miejsca.

Jurek Bojanowski – najbardziej jazzowy szef Klubu. Zawsze troszczył się o nas, szarych Stodolarzy. Żebyśmy się mieli gdzie spotykać i rozkoszować jazzem (a czasem i ponarzekać na rzeczywistość), żeby nasze dzieci i wnuki poznawały historię „Stodoły” i nauczyły się odróżniać dobry jazz od pseudo muzyki, jaką często nas katują w radiu i telewizji… Wspomnę tu, bo na pewno nie wszyscy wiedzą, że Jurek przez kilka lat szefował też „Hybrydom” – tym dawnym, przy ul. Mokotowskiej. Długo by zresztą pisać o wszystkich Jego sukcesach jako działacza ruchu studenckiego i Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego.

Tadzio Federowski – już w początkach lat 50-ych XX wieku grał w legendarnym zespole „Pinokio”. Jego kolega z tego zespołu, Boguś Styczyński, tak pisał w Programie XXXI Festiwalu „Złota Tarka” Iława 2001 (fragment tekstu): „Jednego wieczoru w warszawskim klubie „Tygmont” (Tadeusza wtedy tam nie było) nagrałem na chybił trafił kilka opinii od przypadkowo spotkanych muzyków i fanów. Standardowe pytanie brzmiało: „Co możesz powiedzieć o Tadeuszu Federowskim?” Moich sześciu rozmówców było zgodnych w swoich wypowiedziach, pięć razy użyto określenia znakomity, trzy razy świetny, po dwa razy wspaniały, serce, dusza, przemiły, kulturalny, równo po razie przyjazny, gentleman, człowiek savoir-vivre`u, życzliwy…”. Od siebie dodam tylko – w tych określeniach nie ma ani słowa przesady.

Gienio Frajer – świetnie jeździł na nartach i tańczył, ale o tym wszyscy wiemy. Napisał książkę – chwała Mu! W młodości był niezłym futbolistą. Ale mnie Gienek najbardziej zaimponował zupełnie czym innym – otóż na pół roku przed zaplanowanym jubileuszem swojego 60-lecia miał już gotowy program uroczystości, ze wszystkimi szczegółami! O ile dobrze pamiętam, 6 stycznia 2000 r. o 19.45 miała wystąpić Ewa Bem, o 20.00 – Wojtek Gąssowski, o 20.15 – Andrzej Rosiewicz, itd… Niestety, pechowy karambol w Tatrach pokrzyżował wszystkie plany. Wybitny felietonista Jerzy Iwaszkiewicz napisał kilkanaście lat temu w „Sukcesie”, że „Ze „Stodoły” w życie wchodzili na ogół ludzie ciekawi.” Chyba się nie pomylił.

„Stodoła’ ma już 60 lat, ja troszeczkę więcej. Jeszcze raz chciałbym więc serdecznie podziękować – Tym Wszystkim, których personalia wymieniłem oraz Tym, o których nie wspomniałem. Dzięki Wam mam co wspominać, a na pewno są to wspomnienia nietuzinkowe – w końcu nie każdy miał okazję bywać w takim klubie jak „Stodoła”, słuchać jazzu w wykonaniu profesjonalistów pierwszej klasy, być blisko wielu ludzi naprawdę dużego formatu… Blisko Was.

Wiele Osób wymienionych w tekście opuściło już nas na zawsze. Do zobaczenia. Gdy się spotkamy pochwalę się Wam, że udało mi się skutecznie zarazić jazzem żonę Anię i syna Michała.

Warszawa, 24 stycznia 2016 r.