Michał Urbaniak nie żyje

Oprac. Andrzej Rumianowski, tekst Jerzy Stępień Fot. Andrzej Rumianowski



Jerzy Stępień

Pierwszy raz usłyszałem Go w 1962 roku w mojej sandomierskiej szkole „Za parkiem”, (dziś Liceum im. Tadeusza Kościuszki”), w ramach tzw. Artosu.
Zwykle te audycje poświęcone były muzyce klasycznej, tym razem pojawił się niespodziewanie kwartet jazzowy z Andrzejem Trzaskowskim (p), Juliuszem Sandeckim (b), Adamem Jędrzejowskim (dr) i właśnie z Michałem Urbaniakiem (ts), zaledwie 19-letnim, ale już owianym legendą.

Pierwszy raz właśnie wtedy usłyszałem na żywo i już bardzo świadomie prawdziwy zespół jazzowy, z prawdziwymi jazzowymi muzykami, o których dotąd tylko czytałem w miesięczniku „Jazz” lub w krakowskim „Przekroju”.

Byli dla mnie zjawiskami jakby z innego wymiaru. Koncert poprzedziła prelekcja Andrzeja Trzaskowskiego wygłoszona precyzyjną, nienaganną, piękną polszczyzną, co dla mnie syna polonisty było też bardzo ważne.

A pózniej te dźwięki – prawdziwego tenoru na tle klasycznego jazzowego tria. Muzycy mieli jeszcze dwa koncerty w innych szkołach, biegałem za nimi i chłonąłem każde ich słowo i każdy dźwięk, jak to czyni szesnastolatek, który wcześniej odkrył, że jazz jest jego światem, a innego już nie będzie.


 

Pamiętam również bardzo silnie koncert Michała i Uliwarszawskiej filharmonii przed ich wyjazdem na Zachód.
Byliśmy dumni z ich zawrotnej kariery, zwieńczonej nagraniem płyty z Milesem Dawisem.

To mógł być początek ich wspaniałej współpracy, ale przypadek sprawił, że trasa koncertowa została przerwana zanim na dobre się rozpoczęła.

Michał był wielkim, bardzo świadomym artystą, kiedyś mi powiedział, że główny Jego atut to myślenie harmoniczne.

Jestem biegły w te klocki, potrafię tu kombinować” – tak to jakoś ujął i to jest chyba tajemnica Jego geniuszu, zdobyta w trakcie klasycznych studiów wiolinistycznych.


 

Z takim bagażem można potem grać wszystko i na wszystkim, komponować, aranżować – być takim prawdziwym bożym muzykantem.

Kochał Nowy York, nie tyle Amerykę, co miasto, które nie śpi.
Dobrze się z Nim rozmawiało także o polityce – a który jazzman nie interesuje się polityką? Trzeba przecież grać o życiu we wszystkich jego kontekstach.

Improwizacje to nie gamy i wprawki po akordach, czy przeciw nim, ale prawdziwa dojrzała wypowiedź, coś opowiadająca, ma swój początek, jakąś muzyczną myśl, jej rozwinięcie, kodę, jak w prawdziwej sonacie.
Wielcy to wiedzą i potrafią. A poza tym niepodrabialny ton, intonacja, dynamika, piekielne wręcz frazowanie i takiż rytm.

Miałem niezasłużony przywilej grania z Michałem Urbaniakiem i to kilka razy, ostatni raz rok temu w Kielcach na benefisie Włodka Kiniorskiego, którego lubił i cenił, może o tym kiedyś jeszcze więcej.

To coś zupełnie niesamowitego było słyszeć Go w trakcie wspólnego grania, tę wspierającą i wytyczającą zarazem konieczny dukt, pewność i siłę.
Panie Boże zapłać

Nekrolog zamieszczony w mediach społecznościowych przez Dorotę Palmowską – Urbaniak, ostatnią żonę
Michała Urbaniaka.