NASI DARCZYŃCY: Eugeniusz Czyblis.

Tekst: Marek Gaszyński

E.Czyblis - fot. z archiwum E

Eugeniusz.Czyblis z zespołem (fot. z archiwum E. Czyblisa)

E. Czyblis - fot z archiwum E

Zespół Kazimierza Obrębskiego (fot. z archiwum E. Czyblisa)

Tubofon - dar od E_Czyblisa

Tubofon - dar dla Muzeum Jazzu od Eugeniusza Czyblisa

      Nasi darczyńcy to nie tylko reprezentanci tzw. ”czystego jazzu”. Są wśród nich muzycy, którzy grali także muzykę rozrywkową, taneczną, restauracyjną, łączyli te gatunki, splatali je z sobą. Z resztą wtedy, w latach 40. i 50. jazz był muzyką taneczną, nie był zjawiskiem artystycznym tylko… użytkowym, choć powstawały już zespoły grające nowoczesne odmiany jazzu: be bop i cool.

      Eugeniusz Czyblis (rocznik 1936) jak trzeba grał ze swingiem, ale zdarzało się, że wykonywał piosenki włoskie czy francuskie bez swingu i improwizowania. W repertuarze miał polskie piosenki, ale także amerykańskie standardy jazzowe. Bardzo ważne jest to, co mówiło wielu muzyków aktywnych w tamtych latach: „trzeba było grać wszystko: melodie ludowe, tematy poważne, operetkowe, ale także boogie, standardy, repertuar Glena Millera, Armstronga, włoszczyznę, francuszczyznę, piosenki polskie i rosyjskie. Muzyk musiał grać wszystko”.

     „W I połowie lat 50. grałem wszędzie tam, gdzie się grało dobrą, taneczną muzykę. Jestem pianistą ale grywałem też często na akordeonie, także śpiewałem kiedy było trzeba. Pierwsze pieniądze za granie muzyki zarobiłem w roku 1955 – miałem wtedy 19 lat. To było granie do tańca w zespole bez nazwy, chyba na Mariensztacie, „na dechach”. Tak się zaczęło – potem dość regularnie grywałem w Akademii Sztabu Generalnego w Rembertowie, w klubie oficerskim i w tamtejszym kasynie. Były zarówno bardzo eleganckie lokale, takie jak Kongresowa, Gastronomia, Polonia, Grand Hotel, Pod Kandelabrami, ale także knajpy niższego rzędu: Miś na Pradze, kawiarnia Wileńska, na MDM Niespodzianka, różne zakłady pracy gdy był karnawał: u Róży Luksemburg, u Wedla, w PZO, w Zakładach Telefonicznych, w NOTcie, na Szucha w Klubie Oficerskim, w Stolicy na Podwieczorku Przy Mikrofonie na ostatnim piętrze Warszawskiego Domu Dziecka w Al. Jerozolimskich, w Sofii, Oazie, na Terespolskiej w Odzieżówce, w SPATiF-ie. Ale także na dechach pod Pałacem Kultury, na Mariensztacie, na Powiślu na Okrąglaku. Ludzie byli spragnieni muzyki, tańca, zabawy, wódka była stosunkowo tania, taksówki też, więc się jeździło od lokalu do lokalu.

      Na Politechnikę Warszawską dostałem się w roku 1954, ale studia musiałem przerwać, bo trzeba było utrzymać dom, ale gdy już regularnie zarabiałem, na PW wróciłem, Wydział Budownictwa ukończyłem (rok 1962) i dyplom przydał mi się w drugiej połowie życia. Graliśmy wtedy głównie polskie piosenki z repertuaru Nataszy Zylskiej, Marii Koterbskiej, Henryka hrabiego Rostworowskiego, przedwojenne tanga, dużo piosenek włoskich: „Luna”, „Volare”, francuskich i naturalnie amerykańskie standardy. Często trzeba było grać boogie woogie, choć wtedy nie była to muzyka mile widziana przez władze i organizatorów. Niebawem stała się modna muzyka z Południowej Ameryki i z Hiszpanii; różne rumby, samby, mamby, cha cha cha. Nie raz na takich zabawach lała się krew, chłopcy bili się o dziewczynę, albo bandy z sąsiednich dzielnic między sobą. Wtedy trzeba było pilnować instrumentu. Mój pierwszy zespół zawodowy, w pełni profesjonalny, to orkiestra Władysława Figla (ojciec kompozytora Piotra Figla), w którym grał też na perkusji Janusz „Cipcius” Mirecki.

      Z prawdziwym jazzem zetknąłem się po raz pierwszy w roku 1955 na Festiwalu Młodzieży w Warszawie. Przyjechały zespoły z różnych stron: z Francji trębacz George Jouvin, pianista Pierre Spiers, znany z nagrań radiowych zespół Jerry Mango, a z Anglii Paramount Jazz Band. Największe i najlepsze zabawy były wtedy organizowane przed Pałacem Kultury, chodziłem tam, gdzie grała dobra jazzowa i taneczna muzyka i tych najlepszych muzyków podsłuchiwałem. Wtedy, w połowie lat 50. nie było wyraźnej różnicy między jazzem a muzyką popularną, restauracyjną: hotowano, swingowano, a ci sami muzycy grywali melodie operetkowe, nawet klasyków. Trzeba było grać wszystko.

      A jeśli chodzi o politykę, to na Festiwalu w roku 1955, a także po jego zakończeniu, władza trochę „odpuściła” i to był krótki początek równie krótkiej „odwilży” w naszym kraju. Rok później, w 1956, mieszkałem w akademiku na Jelonkach (jedna z dzielnic Warszawy) i wielu studentów czekało na sygnał, by jechać na Plac Politechniki pomagać robotnikom i bronić ich przed biciem i pałowaniem przez MO i ZOMO. Ale takie wezwanie do nas nie doszło i wszystko szybko rozeszło się po kościach.

      Na przełomie lat 50 i 60. grałem w jednej z najlepszych orkiestr taneczno jazzowych: Kazimierza Obrębskiego. Najpierw graliśmy w restauracji Kongresowa, a potem w Gastronomii naprzeciw gmachu Partii. Wchodziłem też w skład różnych innych zespołów, a poza tym bywałem na giełdzie w Hotelu Polonia, gdzie łapało się zastępstwa. śpiewały z nami różne Panie, które po latach zdobyły popularność, m.in. Regina Pisarek i Joanna Rawik, a także Bułgarka Kocewa. W roku 1963 niemal z całym tym składem Orkiestry Obrębskiego, tylko bez „mistrza”, który został w kraju, ruszyliśmy do Skandynawii. Tam, grając w różnych składach, spędziłem 30 lat”.


 

Od Eugeniusza Czyblisa otrzymaliśmy: tubofon (instrument), zdjęcia, wycinki prasowe, nuty z lat 40-tych i 50-tych.

Serdecznie dziękujemy – Muzeum Jazzu.