Zaduszki,
to czas zamyślenia, wspomnień.
Wspomnień o osobach, których nie ma już wśród nas. Ostatnio od nas odeszli:

Jerzy Milian, legendarny wibrafonista i bandleader zmarł 7 marca 2018 przeżywszy 82 lata.


fot. Marek Karewicz

Przypominamy fascynujący artykuł, który Michał Wilczyński napisał dla JAZZ FORUM trzy lata temu z okazji jubileuszu 80. urodzin wielkiego muzyka:

Jazz Forum: Jerzy Milian - punkty zwrotne

Jerzy Milian – punkty zwrotne

Wielowątkowa twórczość Jerzego Miliana – obejmująca swoim zasięgiem i jazz, i awangardę, i muzykę rozrywkową (o pisaniu ikon i limeryków nie wspomnę) – to temat nie na jeden artykuł, ale całą książkę. Taka zresztą powstała (są to wspomnienia samego artysty) i czeka na publikację. A my siłą rzeczy musimy skupić się na pojedynczych wątkach czy wydarzeniach. Kilka z nich miało znaczenie kluczowe.

Punkt pierwszy: Komeda

Najpierw była orkiestra Rytm, którą Jerzy Milian założył będąc jeszcze w liceum. Grali muzykę rozrywkową, zahaczając także – nie zawsze świadomie – o jazz. Pod koniec 1953 roku Rytm przestał jednak być dla Miliana najważniejszy.

– Może wpłynęło na to słuchanie zespołu Jerzego Gary’ego-Garyantesiewicza? – zastanawia się muzyk. – Witalność muzyczna lidera, jak i pozostałych muzyków była imponująca. Kiedyś grali w winiarni Słowiańskiej i dowiedziałem się, że na fortepianie zagra z nimi Krzysztof Trzciński, o którym w Poznaniu zaczynało być głośno. Tam zobaczyłem go po raz pierwszy. Mały, rudy, z bardzo jasnymi rzęsami, strzyżony na fanfana, lekko utykający. Słuchając zespołu z Trzcińskim, trochę oniemiałem.

Pod jego wpływem założył własny kwintet, w którym był pianistą i głównym kompozytorem materiału. – To był bop wzorowany na coolowych grupach szwedzkich. Muzyka taneczna dla ludzi trochę radiowo osłuchanych – uśmiecha się Milian, tłumacząc stylistykę swojego zespołu. Z kwintetem regularnie występował w Poznaniu, zrealizował także pierwsze nagrania radiowe – niestety nie przetrwały do czasów nam współczesnych.

Latem 1954 roku cały kwintet Miliana został zaproszony przez Krzysztofa Trzcińskiego na wyjazd do Zakopanego. Wrzesień spędzili w lokalu „Morskie Oko”, gdzie grali i jazz, i popularne tanga. W tych ostatnich późniejszy Komeda sięgał po akordeon, a Milian akompaniował mu na fortepianie. W kompozycjach jazzowych liderzy zamieniali się instrumentami. Milian do dziś uznaje ten wyjazd za przełom w swojej karierze. Tym bardziej, że rozwijająca się znajomość z Komedą zaważyła na wyborze dalszej drogi artystycznej artysty. Choć po powrocie z Zakopanego chodzili swoimi ścieżkami, to podświadomie wciąż się zbliżali do wspólnego grania. Było jednak wiadomo, że zespół z dwoma pianistami nie sprawdzi się najlepiej.

Wszystko się zmieniło latem 1955 roku. – To był poniedziałek – wspomina Milian. Weszliśmy z Krzysztofem do restauracji Magnolia. Było pusto, a na scenie przykryte instrumenty orkiestry, która w tym dniu nie pracowała. Wypiliśmy z Krzyśkiem lemoniadę Oran-Vit, on usiadł do fortepianu i zaczął grać Lullaby of Birdland, a ja próbowałem stukać w wibrafon...

I tak już zostało – za namową Komedy Jerzy Milian wziął kilka lekcji u prof. Nowakowskiego, a w domu ćwiczył na pożyczonych dzwonkach, które w miniaturze przypominały wibrafon. – Kiedy nie mogłem już ich pożyczać, narysowałem sobie płytki wibrafonu na papierze pakowym, kładłem go wraz z kocem na stole i starałem się trafiać gdzie trzeba. Po trzech miesiącach mogłem już grać w zespole.

Dla Miliana to był pierwszy punkt zwrotny – powstanie Sekstetu Komedy, sukces na I Festiwalu Jazzowym w Sopocie i wspólne nagrania były już tylko rozwinięciem tej młodzieńczej energii i odważnych zmian. Milian-wibrafonista przyznaje zresztą, że wpływ Komedy sięgał o wiele dalej niż sprawy czysto muzyczne.

– Zacząłem interesować się tym, co czyta, jak mieszka, jakie lubi malarstwo (wtedy okres niebieski Picassa), jakiej słucha muzyki oprócz jazzu (chodził na koncerty symfoniczne). Krzysiek nie był w tamtych latach człowiekiem, który dopuszczał ludzi zbyt blisko do siebie. Nie mogę powiedzieć, że był moim przyjacielem, ale do końca naszej znajomości był mi bardzo życzliwy. Akompaniował mi, dyskutował też o moich kompozycjach. Poszerzył moje horyzonty. Nauczył tego, może podświadomie, czego nie nauczył mnie dom – którego zresztą w pełnym wymiarze nigdy nie miałem. Może to właśnie zaważyło na całym moim życiu?

Punkt drugi: Obiegi

W roku 1964 prowadzony przez Andrzeja Kurylewicza Big Band Polskiego Radia wystąpił na Jazz Jamboree, wykonując m.in. Dialogi instrumentalne Jerzego Miliana. Gdy zespół ćwiczył utwór na próbie, do siedzącego na widowni kompozytora przysiadł się nieznajomy i spytał, czyja to kompozycja. Dowiedziawszy się, że rozmawia z autorem – zaproponował napisanie czegoś dla jego zespołu. I przedstawił się: Elias Gistelinck, szef redakcji muzycznej belgijskiego radia i telewizji BRT.

W ten sposób rozpoczęła się jedna z najciekawszych i najważniejszych przygód w całej karierze Jerzego Miliana, wykraczająca poza granice jazzu w stronę modnego wówczas tzw. trzeciego nurtu. Milian-kompozytor chętnie naginał konwencje, bawił się formą i brzmieniem, szukając nieszablonowych rozwiązań. Realizował się zarówno w dużych formach (m.in. przetwarzająca udanie motywy ludowe Polish Folk Suite czy igrająca z free jazzem Optima Fide, z kompozytorem i Ptaszynem Wróblewskim w roli solistów), jak i cyklach drobniejszych utworów (Pieces for Friend, Two E and One F, Four Engravings for Big-Band and Soloists). Dla Belgów napisał także niezwykle barwne aranżacje utworów znanych przez lata wyłącznie w wykonaniu jego tria z płyty „Bazaar” (m.in. My Favourite Band).

Po dłuższej przerwie w latach 70., spowodowanej natłokiem spraw związanych z prowadzeniem Orkiestry Rozrywkowej PRiTV w Katowicach oraz regularną współpracą ze wschodnioniemieckim big bandem Guntera Gollascha, Milian wrócił do współpracy z Belgami, nagrywając szereg krótszych, lżejszych utworów (w tym piękne ballady I’ll Remember Olga i Children’s Dream) oraz kolejne rozbudowane formy, tym razem inspirowane chińskim (Sketches from China), dalekowschodnim (Kara-Kum) i śląskim (Silesian Sketches) folklorem. A potem belgijski Big Band Radia BRT posypał się tak samo szybko, jak wszystkie podobne grupy w Europie.

Wśród tego obszernego belgijskiego dorobku Miliana znajduje się utwór wyjątkowy: Circulations. Trwająca kwadrans forma zderza z sobą jazzowe improwizacje pięciu solistów z odważnymi i interesującymi partiami orkiestry (wiele rozwiązań w warstwie rytmicznej przypomina, z pewnością bezwiednie – bo były to rzeczy wówczas nieosiągalne do słuchania – pierwsze dokonania Franka Zappy na polu muzyki filmowej i orkiestrowej z lat 60.).

A skąd tytuł? – Pisałem jeszcze dla big bandu Edwarda Czernego – wspomina Milian. – Profesor Bogusław Schaeffer, którego koncert Music for MI, napisany specjalnie dla mnie, grałem w 1963 roku na Jazz Jamboree – zaproponował mi, żebym postarał się o przyjęcie do Związku Kompozytorów Polskich. Wysłałem i dostałem odpowiedź komisji: „Nie przyjmować z powodu obiegowej inwencji”. W ten sposób, pisząc swój pierwszy utwór na zamówienie Belgów, Milian postanowił pokłonić się komisji ZKP. – Dziś wiem, że kto sprawdził się w radiofoniach zachodnich, ten musiał być bardzo dobry – mówi kompozytor. – Nie pytają tam o dyplom, wiek, staż – piszesz, nuty na pulpity, zagrają i albo godziwe pieniądze, albo wstyd i nuty do zwrotu. Pisał i nagrywał z BRT Jazz Orchestra także Ptaszyn Wróblewski. Było u nas więcej chętnych do tej pracy, ale utrzymaliśmy się tylko Ptak i ja.

Circulations otworzyło też drogę Milianowi do współpracy z Conradem Drzewieckim, który po wysłuchaniu utworu stwierdził, że artysta musi koniecznie napisać balet dla Opery Poznańskiej. W ten sposób powstał „Tempus Jazz 67”, z przejmującą balladą, którą chwilę później unieśmiertelniła Ewa Wanat na płycie „Bazaar”.

Punkt trzeci: Katowice

– Jesienią 1973 roku odebrałem telefon od Janusza Cegiełły, ówczesnego szefa muzycznego PRiTV. Zaproponował mi w Ka­towicach prowadzenie orkiestry radiowej o profilu rozrywkowym. Region śląski trochę mnie przerażał – znałem Katowice z występu z Wielką Orkiestrą Symfoniczną Polskiego Radia w audycji „Słuchamy i patrzymy”. Miasto, w porównaniu z Poznaniem, było raczej brudne i ponure. Z drugiej strony – perspektywa posiadania orkiestry, którą mogłem kształtować, jak chciałem – bardzo kusiła – wspomina Jerzy Milian.

Spojrzenie dzisiaj, z perspektywy czterdziestu lat, na początki katowickiej orkiestry prowokuje do złapania się za głowę. Nic nie było po kolei – brakowało pomieszczeń dla zespołu, stan techniczny katowickiego studia radiowego pozostawiał wiele do życzenia, a zestaw dostępnych muzyków był dla kompozytorów prawdziwym wyzwaniem. Nie miał bowiem wiele wspólnego ani z klasycznym big bandem, ani tym bardziej z orkiestrą. Jerzy Milian szybko jednak zrobił z tego główny atut zespołu.

– Przyjmując propozycję Janusza Cegiełły postawiłem jako warunek zaangażowanie wraz ze mną muzyków, z którymi pracowałem w Poznaniu – Piotra Kałużnego, braci Wojtka i Piotra Prońko oraz Jana Słodkowicza. Reszta muzyków była bardzo młoda – w ogromnej większości byli to studenci lub dyplomanci katowickiej Akademii Muzycznej. Brzmieliśmy inaczej niż inne zespoły tego typu – byliśmy bogatsi barwowo. Lider tworzący w radiu nową orkiestrę powinien unikać okazji do jej porównań z istniejącymi już kapelami. Tak więc nie mógł to być big band jazzowy, a na pewno już nie kolejna orkiestra Czernego, Debicha, czy Stefana Rachonia. Przy całym szacunku dla ich liderów – wszystkie grały podobnie. A ja robiłem swoje i wkrótce okazało się, że orkiestra dobrze na tym wyszła. Pozyskaliśmy sobie – co szczególnie cieszyło – wielu sym­patyków wśród radiosłuchaczy, a wkrótce i tele­widzów, którzy przecież nie wiedzieli o rozmaitych wojnach podjazdowych, kompromisach, czy też nieustannej walce o instrumenty, akcesoria, czy wyposażenie studia.

Dzisiaj Jerzy Milian twierdzi, że przez cały czas istnienia orkiestry dążył do perfekcyjnego brzmienia i pod koniec działalności zespołu był bliski swojego celu. Jednak nie koherentny sound orkiestry z początku lat 90. zapisał się na stałe w pamięci słuchaczy, ale to pierwsze, nietypowe wcielenie zespołu. Wydana w 1975 roku płyta dokumentująca pierwsze miesiące działalności grupy dzisiaj jest uznawana za jedną z najważniejszych płyt z muzyką lekką i przyjemną, choć nie zawsze najłatwiejszą. Oryginalne, winylowe wydanie osiąga na aukcjach internetowych czasami astronomiczne kwoty (podobnie zresztą jak „Bazaar”), podbijane jeszcze mocniej, gdy w grę wchodzi edycja „do użytku wew­nętrznego”, z białą okładką.

Wysoka cena ma jednak swoje usprawiedliwienie w bardzo różnorodnym repertuarze – jest tu miejsce i na niesamowity, mocny groove (Wśród pampasów i Gacek), eteryczne bossa novy (Czasem bez tercji, Szklana pryzma) oraz nieco eksperymentów (Szkic dla choreografa pióra Miliana). Te odmienne twarze orkiestry spajało unikalne, doskonałe brzmienie i zgrana grupa wokalna. Nawet jeśli wówczas mogło się wydawać, że to jedynie muzyka użytkowa o przeciętnej wartości, to z perspektywy czasu widać kunszt kompozytorów, aranżerów i wykonawców. Teraz tak solidnie zagranej i ciekawej muzyki użytkowej po prostu nie ma. I nie ma znaczenia, że z jazzem jedynie flirtowała.

– Nie była to orkiestra jazzowa – przyznaje Milian – bo nie było takiej etatowej w dziejach naszego radia i telewizji. Zaraz jednak dodaje, że w szeregach orkiestry znalazło się wielu jazzmanów – z saksofonistów Jerzy Jarosik i Henryk Senk, z perkusistów Marian Pączek-Bronikowski z krakowskiego Jazz Band Ballu, pianiści Piotr Kałużny, Michał Stygar, Henryk Krzeszowiec, puzonista Lothar Dziwoki, czy gitarzysta basowy Ryszard Machel. Tych ludzi pamiętam, bo nie sposób ich sztuki nie zapamiętać. Było też paru innych mających predyspozycje do grania jazzu, ale nie poszli tą drogą. Nie mogłem ich przekonać do tego gatunku muzyki, nie mogłem też tworzyć klanu jazzmanów w orkiestrze, której nazwa brzmiała Orkiestra Rozrywkowa PRiTV.

W Polsce dokonania katowickiej orkiestry kojarzy się głównie z występami na festiwalach, akompaniowaniu licznym popowym solistom (z Krzysztofem Krawczykiem na czele) i występach w telewizyjnych recitalach. Niewielu wie, że dokonania orkiestry Miliana były bardzo mocno doceniane poza granicami Polski. Wiele utworów było sprzedanych na targach MIDEM firmom zajmującym się tzw. library music. Produkowali bądź kupowali nagrania, które potem miały służyć za ilustracje muzyczne do filmów czy programów telewizyjnych – takie udogodnienie dla producentów z mniejszym budżetem. Nagrania katowickiej orkiestry – obok dokonań innych polskich zespołów radiowych (i wielu innych polskich artystów, nierzadko występujących pod pseudonimami) – można znaleźć m.in. na płytach firm Apollo Sound i Coloursound. To jedyne, unikatowe edycje utworów, które w Polsce przetrwały jedynie na taśmach w archiwum Polskiego Radia (choć niebawem stan ten powinien ulec na szczęście zmianie).

Punkty kolejne?

Ważnych momentów w karierze Jerzego Miliana było więcej i nie sposób je pomieścić w artykule o takiej objętości. Trzeba jednak wspomnieć, nakłaniając do dalszej lektury, o wielkim sukcesie Miliana-wibrafonisty na Festiwalu Jazzowym w Pradze w 1965 roku (vide CD „Blues For Praha”) czy kilkuletniej działalności Tria Jerzego Miliana (albumy „Bazaar” i wydany po latach koncertowy zbiór „Semiramida”). Warto także zwrócić uwagę na ostatni studyjny album Jerzego Miliana – nagrane w pojedynkę, kameralne „Milianalia”, w zgrabny sposób zbierające w jednym miejscu zamiłowanie Miliana do eksperymentów, jego wibrafonowy kunszt oraz humor, który towarzyszył mu od początków kariery – zarówno w samych kompozycjach, ich tytułach, pikantnych limerykach, jak i sztukach plastycznych.

Działalność Orkiestry Rozrywkowej PRiTV pod dyr. Jerzego Miliana dobiegła końca w 1991 roku. Wtedy rozwiązano odgórnie wszystkie cztery orkiestry o profilu rozrywkowym, pozbawiając także pracy muzyków: Andrzeja Trzaskowskiego, Henryka Debicha i Zbigniewa Górnego. Pisało o tym JAZZ FORUM, zastanawiając się nad słusznością tego ruchu. Polska wpisała się wówczas w ogólnoeuropejski trend usuwania dużych zespołów z listy płac rozgłośni radiowych. Dziś tego z pewnością szkoda.

Działalność orkiestr, poza akompaniowaniem solistom i nagraniom muzyki instrumentalnej (dziś przecież zupełnie nieobecnej – niestety – w mediach), była także prawdziwą szkołą dla niezliczonej liczby muzyków. Teraz muszą sobie radzić sami. Choć skoro do łask wracają big bandy, to może i na duże rozrywkowe składy przyjdzie czas? Póki co orkiestra reaktywuje się na 80. urodziny Jerzego Miliana, by „zagrać dla Szefa” i złożyć mu muzyką najpiękniejsze życzenia.

Michał Wilczyński

17 marca 2017 roku w Warszawie, w wieku 88 lat zmarł Jan Walasek


17 marca 2017 roku w Warszawie, w wieku 88 lat zmarł Jan Walasek, legendarny saksofonista i bandleader.

Tak o Janie Walasku, jednym z pionierów polskiego jazzu, pisał na łamach JAZZ FORUM: Adam Ferch: Wybitny multiinstrumentalista (saksofon tenorowy i altowy, klarnet, skrzypce), bandleader i aranżer. Urodził się 17 maja 1928 roku w Ostrowcu Świętokrzyskim. Jego ojciec Wincenty Walasek – skrzypek, pedagog muzyczny i dyrygent Miejskiej Orkiestry Symfonicznej – systematycznie uczył swe dzieci gry na skrzypcach. Wówczas to mały Janek przestawiał domowe zegary, aby skracać obowiązkowe ćwiczenia na skrzypcach i zyskiwać czas na grę w piłkę.

Przyjaciele domu pp. Walasków z okresu drugiej wojny pamiętają domowe regularne koncerty kameralnego kwartetu: ojciec – skrzypce, siostra – fortepian, Janek – II skrzypce i sąsiad – wiolonczela. W czasie okupacji Janek dobrał się do pozostawionego przez kogoś w domu saksofonu altowego i w ten sposób zaczęła się jego saksofonowa przygoda, aczkolwiek skrzypiec nigdy nie porzucił. Takie to były początki trwającej ponad pół wieku kariery Jana Walaska, którą w skrócie da się zrelacjonować następująco:

1938 - dziesięcioletni Janek (w krótkich spodenkach) daje swój pierwszy występ publiczny jako II skrzypek (!) z Orkiestrą Symfoniczną w Ostrowcu Św. 1946 - w kawiarni „Amida” w Ostrowcu Św. gra na saksofonie altowym z kwartetem w składzie: Wincenty Walasek (viol), Jerzy Herman (p), Jenda (dr). Przygrywa na zabawach w Opatowie z „Wesołą Szóstką z Radomia” (Jerzy Woźniak, acc; Jerzy Klechowski, acc; Jerzy Barnik, viol; Jerzy Herman, p; Jan Walasek, as; Włostowski, dr).

1948 - zdaje maturę w Ostrowcu Św. i dostaje się Uniwersytet Jagielloński w Krakowie. Przez jeden rok jest studentem na wydziale Medycyny Sportowej, a przez następne półtora roku kontynuuje naukę na Krakowskiej Akademii Medycznej. Studia te wymusiła jego mama, jako że „wystarczająco już w domu było artystów”. W Krakowie, oczywiście w YMCA, Walasek gra m.in. z Jerzym „Dudusiem” Matuszkiewiczem, Tadeuszem Preiznerem, Stanisławem „Drążkiem” Kalwińskim, Andrzejem Trzaskowskim, Jerzym Borowcem, „Miltonem” Hammerem i Witoldem Kujawskim (pamiętne muzykowania w domu Kujawskiego przy ul. Stradom nr 11).

1949 - otrzymuje legitymację Związku Zawodowego Muzyków. Decyzją Komitetu Uczelnianego ZSP - za propagowanie „wrogiej muzyki” - usunięty zostaje z orkiestry uczelnianej, traci prawo do akademika, a tym samym możliwość kontynuowania nie bardzo chcianych studiów. Przez pewien czas sypia w zakładzie fryzjerskim na dworcu głównym w Krakowie, aby tylko nie tracić kontaktu z tamtejszym środowiskiem muzycznym. Zaczyna poważnie traktować muzykę jako swój zawód.

1951 - dostaje pierwszy poważny angaż na regularne koncerty w sanatorium „Patria” w Krynicy.

1952 - prowadzi własny big band w Szklarskiej Porębie.

1954 - przenosi się do Warszawy. Gra ze swoim Septetem w hotelu „Polonia”, a ponadto w „Czerwonej Oberży”, w K.S. „Polonia” przy ul. Foksal etc. Jego partnerami są m.in. Jan Brągiel (tp), Władysław „Kaczka” Kowalczyk (cl), Jerzy Herman (p), Eugeniusz Koniarz (acc) i Zenon Woźniak (b). W tym okresie po raz pierwszy pojawia się hasło: „Jan Walasek – Złoty Saksofon Warszawy”. Autorem tego określenia, które przylgnęło do niego na zawsze, był ówczesny organizator występów Ryszard Manicki.

1954 - na słynnym „Turnieju Jazzu”, koncercie gigancie w warszawskiej Hali Gwardii, spotyka wokalistkę Carmen Moreno (voc) i odtąd stanowią nierozłączną parę na estradach i prywatnie.

1955 - bierze udział w historycznych wydarzeniach w Warszawie:
- Jam Session nr 1,
- Międzynarodowy Festiwal Młodzieży i Studentów,
- Studio 55 - Sekstet Jana Walaska i łódzcy Melomani jako pierwsi w Polsce zademonstrowali styl bebop.

Mimo już głośnego nazwiska jest zaskoczony odmową władz na stałe zameldowanie w Warszawie, co utrudnia mu działalność zawodową.

1956 - w państwowym big bandzie „Błękitny Jazz” kieruje sekcją saksofonów. Dopiero ta funkcja umożliwia mu zameldowanie w Warszawie. Z „Błękitnym Jazzem” dokonuje pierwszego nagrania swojej wizytówki muzycznej Harlem Notturno, odbywa turę koncertową po Polsce i ZSRR. Po roku orkiestra zostaje rozwiązana pod pretekstem wysokich kosztów.

Zakłada Jan Walasek Big Band, który istnieje aż półtora roku. Z własnym sekstetem daje liczne występy w kraju i wyjeżdża na koncerty do wszystkich „demoludów”. Niestety nie bierze udziału ani w I (1956) ani w II (1957) Festiwalu Jazzowym w Sopocie: podczas pierwszego jest z „Błękitnym Jazzem” w Moskwie, a podczas drugiego ze swoim zespołem na Węgrzech. W Budapeszcie występuje przez dwa tygodnie na kortach tenisowych - trybuny (ok. 5000 miejsc) są na wszystkich koncertach wypełnione publicznością. Otrzymuje pierwszy angaż „na Zachód” - do Finlandii.

1964 - nadal pozostaje w mocy odmowa władzy na stałe zameldowanie Carmen Moreno w stolicy. Ten fakt oraz tendencyjne dwie recenzje prasowe przesądzają o decyzji wyjazdu obojga artystów do Skandynawii, najpierw na trzy i pół roku, a następnie:

1966 -1981 - Jan Walasek i Carmen Moreno nieprzerwanie koncertują za granicą, głównie na luksusowych amerykańskich statkach wycieczkowych, gdzie zdobywają uznanie za świetne wykonania jazzu i bluesa, za koncerty muzyki country, klasycznej kameralnej oraz „Folk Music From Europe” (sic!).

1967 - podczas wizyty w kraju Jan Walasek bierze ślub z Carmen Moreno. Dopiero teraz sławna artystka może się zameldować na stałe w Warszawie.

1981 - po powrocie do kraju zastaje ich stan wojenny. Tym razem na szczęście Walasek przywiózł ze sobą instrumenty.

1982-1989 - sporadyczne koncerty w kraju m.in. na Festiwalu w Opolu 1989 (w programie „Cicha woda”), w warszawskiej Galerii M i Piwnicy pod Harendą - na słynnych wieczorach organizowanych przez Lecha Terpiłowskiego, w spektaklu Wojciecha Młynarskiego „Jabłka i Jabłonie” etc.

Tyle wymowna statystyka z przebogatej, długiej i owocnej kariery. Niewielu z naszych muzyków może się poszczycić takim życiorysem muzycznym i uznaniem, na które Walasek zapracował wszędzie gdzie tylko występował. Wielka szkoda, że od kilku lat lekarze nie pozwalają mu brać saksofonu do ręki.

A jaki jest On sam? Zakochany w muzyce i z wzajemnością. W pełni profesjonalny i wszechstronny muzyk nie związany z układami i koteriami środowiska. Sprawdzony przyjaciel, ciekaw świata i jego uroków, podróżnik, kolekcjoner egzotycznej sztuki. Zawsze we wszystkim elegancki. Wyjątkowo skromny i pogodny, aczkolwiek bezkompromisowy i niezwykle wymagający w stosunku do siebie i innych muzyków, jeżeli chodzi o profesjonalizm i stylowość granej muzyki. Nauczył wielu swingowania. Jego wrodzony optymizm widoczny jest w muzyce, która niesie radość i relaks słuchaczom. Symptomatyczne jest, że muzyk o takim dorobku i osiągnięciach nie wstydzi się, że również grywał „do kotleta” i na honorowym miejscu ma w domu powieszony dyplom „Klezmera XX wieku” nadany przez International Clesmer’s Association.

Takiego Go znam i szczerze podziwiam od ponad pół wieku. Wielka szkoda, że tak mało zachowało się jego nagrań. No cóż, w takich czasach i warunkach tworzył.

A oto kilka z jego wypowiedzi zanotowanych podczas nocnych klezmerskich rozmów:

„W początkach fascynacji jazzem moimi idolami byli wielcy bandleaderzy: Count Basie, Duke Ellington, Quincy Jones, a z saksofonistów: Coleman Hawkins, Ben Webster, Zoot Sims i Stan Getz. Muzyka jest dobra albo zła – innych podziałów nie ma. Aczkolwiek jazz jest jazzem i ma swoje określone normy i elementy, jak: improwizacja, rytm, swing, harmonia etc. Jeżeli któregoś z nich brakuje, to nie jest to jazz. Jazz musi być radosny dla twórcy i dla odbiorcy.

Jazz dla mnie skończył się na Johnie Coltranie. To, co było po nim, na ogół mnie nie interesuje, aczkolwiek zdarzają się ciekawe utwory lub wykonania, niezależnie od tego, jak tę muzykę się nazywa. Popularność jazzu uległa erozji, gdyż przestał być użyteczny jako muzyka rozrywkowa i nie odzwierciedla uczuć ludzkich. Nie można go tańczyć, zaznacza się prymat formy nad treścią. Ci, co nie potrafią swingować, wymyślili „free jazz”. Występ muzyka nie może ograniczać się do popisu techniki i zbioru ozdobników muzycznych. Tak narodziła się muzyka nudna, powstająca z przemożnej potrzeby bycia innym, dla zyskania poklasku „elitki”, i przy lekceważeniu słuchaczy, a co gorsze pod wpływem narkotyków. Inna sprawa to nadużywanie urządzeń nagłaśniających – sam lubię grać głośno, ale bez przesady z tym wspomaganiem mikrofonami i głośnikami zawsze i wszędzie. Szczególnie wkładanie mikrofonu do roztrąbu instrumentów dętych powoduje zmniejszanie siły zadęcia i utratę szlachetności brzmienia. To samo dotyczy nadużywania mikrofonu w skrzypcach, kontrabasie i innych instrumentach. Wspomaganie brzmienia mikrofonem może mieć uzasadnienie w trakcie nagrań studyjnych, ale nie jest właściwe na estradzie, szczególnie w małych lokalach.

Skutkiem ubocznym nadużywania urządzeń nagłaśniających jest pokolenie głuchawych muzyków i słuchaczy, z czego oni nie zdają sobie sprawy.

Popularność obecnej tak zwanej „muzyki młodzieżowej” wynika z braku elementarnego umuzykalnienia kilku już pokoleń słuchaczy. Skandaliczny jest zanik chórów i orkiestr szkolnych, niedostatek muzycznego kształcenia w szkolnictwie podstawowym i gimnazjach, brak amatorskich zespołów kameralnych, rzetelnej krytyki muzycznej etc. Wszystko to nadal jest szeroko praktykowane na „Zachodzie”, do którego podobno zdążamy.

Zgubny jest też wpływ mediów, które dla celów wyłącznie handlowych określają bylejakość sztuką, a niedouków artystami. Te wszystkie usilnie propagowane: hip-hopy, rapy, disco-pola, reggae, a częściowo i heavy-metale, etc. to dla mnie kretyństwo okołomuzyczne.”

tekst: Adam Ferch, Jazz Forum

Fot. Andrzej Rumianowski


3 stycznia 2017 r. odszedł wybitny saksofonista i kompozytor Michał Kulenty.


3 stycznia 2017 r. odszedł wybitny saksofonista i kompozytor Michał Kulenty po wieloletniej walce z chorobą nowotworową. Pochowany został 9 stycznia br. na Powązkach Wojskowych w Warszawie. Mszę pogrzebową w kościele św. Jozefata odprawiał ksiądz proboszcz w sześcioosobowej kon­celebrze z udziałem trzech ojców Dominikanów. Przy trumnie honorową asystę pełnili żołnierze Reprezentacyjnej Kompanii Wojska Polskiego – pogrzeb miał charakter państwowy. Na poduszkach wystawione były odznaczenia: Złoty Medal Zasłużony Kulturze Gloria Artis i Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski.

Podczas uroczystości redaktor Tadeusz Deszkiewicz odczytał list od prezydenta Andrzeja Dudy. „Jego wyjątkowa osobowość artystyczna oraz śmiałe poszukiwania twórcze, w których łączył wpływy jazzu, muzyki klasycznej i polskiego folkloru, owocowały kompozycjami i nagraniami, które są i pozostaną cennym, unikalnym wkładem w naszą kulturę narodową” – napisał prezydent. „Jako solista oraz we współpracy z innymi wykonawcami (…), tworząc muzykę filmową i teatralną oraz prowadząc warsztaty muzyczne, poświęcone komunikacji społecznej, w roli pedagoga oraz współpracownika Polskiego Radia – wszędzie dawał się poznać jako osoba wybitnie utalentowana, o wielkiej wrażliwości, otwartości i życzliwości… Michał Kulenty zaznał radości z nagród dla artysty najcenniejszej, z uczuć, podziwu i przywiązania słuchaczy, a także uznania i serdecznej przyjaźni najznakomitszych twórców i znawców muzyki. Zapamiętamy Go jako wybitnego artystę, wielkiego patriotę oraz wspaniałego, prawego człowieka”.

List od wicepremiera, ministra kultury i dziedzictwa narodowego Piotra Glińskiego odczytała podsekretarz stanu w ministerstwie kultury Wanda Zwinogrodzka: „W życiu Michała Kulentego intencje pozostawały niezmienne – czynienie dobra, odkrywanie piękna, służenie prawdzie. W każdym dźwięku jego muzyki, w każdym wypowiedzianym, napisanym słowie, wreszcie w kontaktach z drugim człowiekiem, pozostawał temu wierny. Trudno o bardziej świadomy, konsekwentny wybór egzystencjalny, trudno też o bardziej wyraźne, jednocześnie subtelne i symboliczne oddanie tego w sztuce”.

Podczas mszy żegnali Michała Kulentego muzyką przyjaciele wykładowcy ze szkoły na Bednarskiej, w której Michał prowadził klasę saksofonu. Andrzej Jagodziński, Adam Cegielski, Czesław Bartkowski, Łukasz Poprawski, Ag­nieszka Wilczyńska, Michał Tokaj, Piotr Baron wykonali w różnych konfiguracjach kompozycje Michała (Dusza w uszach; Bliżej, o bliżej; Wszystko jest możliwe), a także jazzowe standardy (I Remember Clifford, What a Wonderful World). Do mszy grał Piotr Rachoń – organista Bazyliki Archikatedralnej w Warszawie, także nauczyciel szkoły im. Fryderyka Chopina.

Przy grobie pożegnała zmarłego artystę honorowa salwa Kompanii Reprezentacyjnej Wojska Polskiego, orkiestra wykonała hymn państwowy, trąbka zagrała Ciszę.

Michał Kulenty urodził się 30 marca 1956 roku w Warszawie, zmarł w po wieloletniej walce z chorobą nowotworową 3 stycznia 2017. Miał 60 lat. Cześć Jego pamięci

Wybitnego saksofonistę i kompozytora żegna Piotr Rodowicz:

Pisanie o muzyku jazzowym, a w dodatku o bliskim koledze, jest nie tylko trudne, ale jest też zaledwie dotykaniem głębi i piękna, jakie w sobie kryła ta postać. Miles Davis wielokrotnie powtarzał, że jedną z najważniejszych rzeczy dla muzyka jest jego własne charakterystyczne brzmienie, tzw. sound. Mówiąc to, nie miał na myśli tembru instrumentu, ale własny głos muzyka, czyli osobowość, która stoi za jego dźwiękiem. W dzisiejszych czasach artyści często starają się dopasować do ogólnych komercyjnych trendów. Tylko ci, którzy wypracowali swój własny, charakterystyczny i rozpoznawalny głos, są zapamiętani przez odbiorców i historię. To właśnie wyróżnia największych twórców i to właśnie dotyczy Michała Kulentego i jego muzyki.

Ponieważ najpierw ukończył filologię polską na Uniwersytecie Warszawskim w 1980 roku, a następnie klasyczny saksofon w klasie prof. Dawida Pitucha na Akademii Muzycznej w Warszawie w 1985 roku, jego twórczość jest rozpięta między poezją a muzyką. Jego muza zawieszona jest pomiędzy jazzem a klasyką, pomiędzy muzyką ludową a sakralną. Jest zawsze melodyjna, zakotwiczona jakby w chopinowskim romantyzmie lub też we współczesnym neoromantyzmie.

O jazzowości stanowiły jego improwizacje, zawsze ciekawe, nowoczesne, wybiegające daleko poza konwencjonalny jazzowy bebopowy język. Kompozycje proste, ale emocjonalne, śpiewne wieloczęściowe tematy, bogata współczesna harmonia, przemyślana struktura formalna, zróżnicowana rytmika, a jednak wrażenie ewangelicznej pro­s­toty. Warto chociażby posłuchać zrealizowanego wspólnie z Krzysztofem Herdzinem ostatniego dzieła – „Dusza w uszach”.

Michał kiedyś powiedział: „Moja muzyka to moja wizja polskości, w dobie globalizacji rywalizującej z uniwersalizmem. W sztuce zawsze szukam powiewu świeżości, prostoty i dobra, piękno zaś powinno pojawić się samo z siebie. Jazz nie jazz? Klasyka nie klasyka? Po prostu – muzyka dobrego przesłania…”

Dysponował wielką świadomością muzyczną, kompozytorską, a przy tym doskonałą techniką instrumentalną. Był wszechstronnym saksofonistą, wykorzystując nieomal pełen ich rejestr grał na różnych fletach prostych i poprzecznych, okarynach. Podstawowe instrumenty to jednak sopran, tenor i fortepian, którymi posługiwał się równie biegle.

Był w środowisku artystycznym znany z manifestowania patriotyzmu i głębokiej świadomości chrześcijańskiej, co oczywiście miało odzwierciedlenie w jego twórczości. Znaczną część swojego doświadczenia zdobywał podróżując po wielu kontynentach.

Będąc otwartym na świat dźwięków różnych kultur, poznał inne stylistyki muzyczne. W Japonii wziął udział w projekcie „Silk Road” ze słynnym wiolonczelistą Yo-Yo Mą. Uczestniczył w festiwalach muzyki jazzowej i współczesnej m.in. Aspekte Salzburg. Wraz z Grzegorzem Tomaszewskim reprezentował Polskie Radio na Festiwalu Europejskiej Unii Radiowej w Kaustinen w Finlandii. Stworzył kilka swoich kompozytorskich programów, każdy po minimum 10 utworów: „Z pogranicza jazzu” w Filharmonii Narodowej; „Nie ma miłości bez ofiary” z dwoma wokalistami i swoim kwartetem; „Klasyczny romantyzm” z kwartetem jazzowym; „Więcej nieba” w Sali Kongresowej z osiemdziesięcioosobowym chórem i sekstetem akompaniującym; „Świętość” na duet z fortepianem i recytacjami aktorskimi; „Poważna sprawa” z wokalistami i zespołem akompaniującym, by wymienić tylko najważniejsze z nich.

Takich dzieł w historii polskiego jazzu nie było dużo, niewielu muzyków odważyło się nagrywać płyty z tak jednoznacznym etycznym przesłaniem, są to m.in. Andrzej Cudzich, Piotr Baron, Joachim Mencel, Włodek Pawlik, czy też niżej podpisany.

Przesłanie Michała oddaje fragment jednego z wielu jego poematów:

Zaczadzeni mają swoich idoli, Niech inni też mają szansę posłuchać piękna i ciszy, Jak pięknie jest gdy nie boli, Niechaj „odlot” odleci, i niech „Total” zmaleje… Najwyższy czas odnaleźć pokój – póki zdążymy oszaleć i stracimy wszelką nadzieję...

Michał konsekwentnie rozwijał tradycyjny polski idiom w naszej kulturze, pokazując jak ważne jest to dla funkcjonowania w dzisiejszej zagubionej w braku tożsamości Europie. Bliskie były mu sprawy massmediów. Kilka lat pracował w Biurze Programowym Polskiego Radia, jak również w chrześcijańskich stacjach radiowych. Był szkoleniowcem, doradcą muzycznym i twórcą radiowym, w tym autorem muzyki ilustracyjnej dla radia. Prowadził też warsztaty na temat komunikacji społecznej, był cenionym pedagogiem.

Od ponad 20 lat w szkole muzycznej im. Fryderyka Chopina w Warszawie przy ul. Bednarskiej tworzył własny program nauki gry na saksofonie. Wykształcił wielu uznanych polskich saksofonistów, w szkole bardzo szanowany przez uczniów i pedagogów, do ostatnich tygodni mimo bólu zawsze pogodny i uśmiechnięty.

Na temat jego płyt wypowiadali się między innymi Krystian Brodacki: „Zwieńczeniem płyty jest Głos, utwór wykonywany z tekstem: ‘Mówi do nas Pan, to Jego głos w mej duszy brzmi...’ Podobnie jak w Krzyżu na rozstaju, (...) syntezator, tenor, fortepian, kontrabas i perkusja głoszą Dobrą Nowinę. Na rozstajach, na jakich dziś wielu z nas znajduje się w Polsce, bardzo potrzebny jest ten Głos!”

Marcin Kydryński napisał: „Kulenty odrzuca uprzedzenie wobec surowości polskiego folkloru i tworzy własny muzyczny język. Znam niewiele płyt tak bardzo osobistych, tak innych, tak charakterystycznych. (...) ‘Polska’ to dla mnie jedna z najpiękniejszych płyt nagranych w naszym kraju”.

tekst Piotr Rodowicz Jazz Forum

Fot. Andrzej Rumianowski


4 listopada 2016 roku, zmarł na raka płuc wybitny perkusista Janusz Stefański.

4 listopada 2016 roku, zmarł na raka płuc wybitny perkusista Janusz Stefański. Artysta należał do europejskiej czołówki perkusistów jazzowych; grał w legendarnym Kwintecie Tomasza Stańki, Kwartecie Zbyszka Namysłowskiego, słynnym The Quartet, emigracyjnej grupie Polski Jazz Ensemble. Jego kariera trwała ponad 50 lat.

Zmarł na raka płuc w szpitalu we Frankfurcie nad Menem. Pogrzeb odbył się w Krakowie. Był muzykiem charyzmatycznym, człowiekiem obdarzonym niezwykłym temperamentem, fantazją i poczuciem humoru. Grał, można powiedzieć, do ostatniego tchnienia - powiedział PAP Brodowski.

Jeszcze w maju tego roku Stefański wystąpił w Teatrze Capitol w Warszawie podczas koncertu benefisowego na jego rzecz – „Gramy dla Janusza”, pod koniec sierpnia zasiadał w jury II Międzynarodowego Jazzowego Konkursu Skrzypcowego im. Zbigniewa Seiferta w Krakowie. Po raz ostatni występował na scenie tydzień przed śmiercią w zespole nestora niemieckiego jazzu, saksofonisty Emila Mangelsdorffa we Frankfurcie, wieńcząc serię koncertów w pięciu miastach Niemiec.

Urodził się 14 czerwca 1946 w Krakowie. Studiował grę na perkusji i fortepianie w Wyższej Szkole Muzycznej w Krakowie. Obronił dyplom w 1972. Jeszcze podczas nauki brał udział w koncertach krakowskiego Zespołu MW2, m.in. na Warszawskiej Jesieni. Jego wczesnymi idolami byli amerykańscy perkusiści Elvin Jones i Jack DeJohnette.

Zadebiutował na Jazz Jamboree 67 w Kwartecie Tomasza Stańki (Janusz Muniak - ts, Jan Gonciarczyk - b). Z Kwartetem Zbyszka Seiferta (z Janem Jarczykiem - p i Janem Gonciarczykiem - b) dwukrotnie uczestniczył w konkursie Jazzu nad Odrą we Wrocławiu: w 1968 zdobyli II Nagrodę, rok później – I Nagrodę. Przez pięć lat, od 1968 do 1973, był członkiem legendarnego Kwintetu Tomasza Stańki. Z zespołem tym nagrał trzy albumy „Music For K”, „Jazzmessage From Poland” i „Purple Sun”. Współpracował ze Studiem Jazzowym Polskiego Radia pod dyr. Jana Ptaszyna Wróblewskiego, Triem Mieczysława Kosza (album „Reminiscence”), Kwartetem Zbigniewa Namysłowskiego. Był filarem grupy The Quartet (Tomasz Szukalski - ts, Sławomir Kulpowicz - p, Paweł Jarzębski - b). Z zespołem tym wystąpił w 1980 r. w słynnym klubie Village Vanguard w Nowym Jorku. Od 1973 r. współpracował również z czołowymi grupami w Niemczech i Austrii: m.in. Hans Koller Free Sound, Radio Jazz Group Stuttgart, Zbigniew Seifert Variouspheres.

W 1981 r. podpisał trzyletni kontrakt z Vienna Art Orchestra, z którą w ramach europejskiego tournee wystąpił na Jazz Jamboree '81 i Zaduszkach Jazzowych w Krakowie. Ogłoszenie stanu wojennego w Polsce, zastało Janusza Stefańskiego we Frankfurcie nad Menem. Od tego czasu mieszkał wraz z żoną – artystką malarką oraz dwiema córkami w Niemczech.

W ciągu ostatnich 35 lat pobytu w Niemczech grał w zespołach: Polski Jazz Ensemble (Leszek Żądło - ts, Adzik Sendecki - p, Bronisław Suchanek- b), Wolfgang Lackerschmid Mallet Connection, Heinz Sauer Quartet, Manfred Bründel Basslap, Emil Mangelsdorff Quartet (na kontrabasie grał w tym zespole Vitold Rek). Brał udział w nagraniach archiwalnych w Big Bandzie Radia NDR.

Współpracował również z takimi muzykami jak, m.in.: Wolfgang Dauner, George Gruntz, Karl Berger, Michel Herr, Joachim Kuehn, Kenny Werner, Jasper van’t Hof, Bob Degen, Carla Bley, Dave Friedman, Frank Tusa, Rick Rosie, Steve Swallow, Miroslav Vitous, Woody Shaw, Kenny Wheeler, Ack van Rooyen, Jack Walrarth, Harry Beckett, Christof Lauer, John Tchicai, Dave Liebman, Carlos Ward, Charlie Mariano. Prowadził własny zespół Janusz M. Stefanski JazzArt.

Do Polski przyjechał dopiero po 12 latach, na koncerty jubileuszowe Zbyszka Namysłowskiego w 1993 r. W latach 2009 i 2010 odbył tournee koncertowe po Kanadzie i USA jako członek International Polish Jazz Group z Januszem Olejniczakiem, Janem Jarczykiem i Darkiem Oleszkiewiczem).

Oprócz nagrań archiwalnych dla rozgłośni radiowych i telewizyjnych w Polsce, Czechach, Węgrzech, Austrii, Szwajcarii, Belgii, Danii, Niemczech i Kanadzie, Stefański nagrał ponad 80 płyt, wystąpił na ponad 100 najważniejszych festiwalach jazzowych w Europie, Indiach i Kanadzie. Skomponował muzykę do trzech filmów dla niemieckiej telewizji.

Talent pedagogiczny ujawnił, jako wykładowca na Warsztatach Jazzowych w Chodzieży w pierwszej połowie lat 70. Był członkiem kadry naukowej Wyższej Szkoły Muzycznej przy Uniwersytecie Johanna Gutenberga w Moguncji, gdzie od 1993 wykładał perkusję i teorię rytmu. W latach 2000-2003 był też wykładowcą Uniwersytetu Muzyki i Sztuki we Frankfurcie nad Menem. W 2009 nadano mu honorowy tytuł profesora Uniwersytetu Johanna Gutenberga.

Był inicjatorem i dyrektorem artystycznym koncertów zamykających Targi Książki 2000 w Frankfurcie nad Menem oraz German-Polish Jazz Jamboree 2005 w Frankfurcie z udziałem 30 muzyków jazzowych z obu krajów.

Za działalność artystyczną w Niemczech został uhonorowany Nagrodą Jazzową 2003, przyznaną przez Ministerstwo Nauki i Sztuki w Wiesbaden.

Pogrzeb śp. JANUSZA STEFAŃSKIEGO odbył się w piątek 25 listopada 2016 roku w Krakowie – msza święta pogrzebowa o godz. 14.00 w Kościele Parafialnym pw. Matki Bożej Zwycięskiej, po czym nastąpi złożenie urny z prochami do grobu rodzinnego na pobliskim cmentarzu Łagiewniki-Borek Fałęcki.
Cześć Jego pamięci!

wiadomość PAP

Fot. Andrzej Rumianowski

Legendarny kontrabasista Janusz Kozłowski zmarł 20 września 2016 w Warszawie. Miał 75 lat,

był jednym z najbardziej cenionych kontrabasistów polskiego jazzu, grał w zespołach naszych najwybitniejszych liderów – Komedy, Namysłowskiego, Ptaszyna, Kurylewicza, Nahornego… Był muzykiem wszechstronnym, niezawodnym sidemanem, podporą zarówno zespołów jazzu nowoczesnego, jak i tradycyjnego. Jego kariera trwała 55 lat. Dwa lata temu doznał udaru i od tego czasu nie występował. Przyczyną śmierci była niewydolność serca.

Urodził się w Krakowie 6 lipca 1941 roku. Ukończył Średnią Szkołę Muzyczną we Wrocławiu w klasie kontrabasu. Jako muzyk jazzowy debiutował w 1959 roku we wrocławskim Far Quartet Jerzego Pakulskiego, następnie grał w zespole pianisty Taduesza „Errolla” Kosińskiego, przez kilka lat był członkiem tradycyjnego zespołu Zygmunta Wicharego. Gdy w 1963 roku przeniósł się do Warszawy, dołączył do Warszawskich Stompersów. Stopniowo zbliżał się do kręgów jazzu nowoczesnego, grał w Bossa Nova Combo Krzysztofa Sadowskiego, nawiązał współpracę z Krzysztofem Komedą, z którym występował na Jazz Jamboree 63, 64 i 65 (miał brać udział w sesji płytowej „Astigmatic”, ale w ostatniej chwili zastąpił go niemiecki kontrabasista Gunter Lenz). Już wcześniej został członkiem Kwartetu Zbyszka Namysłowskiego, z którym koncertował dwukrotnie w Wielkiej Brytanii i w styczniu 1966 nagrał album „Zbigniew Namysłowski Quartet” (Polish Jazz vol. 6).

Należał do sekcji towarzyszącej grupie wokalnej NOVI Singers. Razem z grupą NOVI i zespołem Namysłowskiego uczestniczył w 1969 roku w słynnej trasie koncertowej, która wiodła przez Indie, Australię i Nową Zelandię. Współpracował z Mieczysławem Koszem, Michałem Urbaniakiem, Adamem Makowiczem, Andrzejem Kurylewiczem. W 1969 roku koncertował z triem Włodka Nahornego, które towarzyszyło amerykańskiemu saksofoniście Hankowi Mobleyowi. To właśnie Mobleyowi zawdzięcza Kozłowski swoją ksywę, która wzięła się od słowa „lollapalooza” oznaczającego człowieka niezwykłego (stąd „Lala” bądź” „Baluza”). Miał też zaszczyt współpracować z innymi wybitnymi amerykańskimi muzykami, jak Lucky Thompson, Charlie Ventura, Al Grey, Joe Newman.

Na początku lat 70. związał się z eksperymentalnym zespołem Paradoks Andrzeja Brzeskiego, ale pod koniec tamtej dekady zbliżył się ponownie do zespołów uprawiających jazz tradycyjny i swingowy. Przez wiele lat był filarem zespołów Old Timers, Swing Session, Swing Workshop. Jest laureatem Złotej Tarki i kawalerem Złotego Krzyża Zasługi

Wielokrotnie występował na festiwalu Jazz Jamboree. Udzielał się jako pedagog na warsztatach w Chodzieży i Puławach, napisał podręcznik gry na kontrabasie (którego jednak nie zdążył opublikować). Dokonał wielu nagrań radiowych i płytowych – w roli sidemana. Jedyną jego autorską płytą był krążek zatytułowany „Friends” dołączony w 2000 roku do jednego z numerów Jazz Forum. W numerze tym opublikowany został długi wywiad, w kórym Janusz podsumował swoją wieloletnią działalność artystyczną („Graliśmy naprawdę dobry jazz”, autor wywiadu: Tomasz Szachowski).

W ostatnich latach Janusz Kozłowski był członkiem Tygmont All Stars – elitarnej grupy gwiazd polskiego jazzu występującej regularnie w warszawskim klubie podczas specjalnych okazji, w której grali: Jerzy Duduś Matuszkiewicz, Zbyszek Namysłowski, Wojtek Karolak i Andrzej Dąbrowski. Był człowiekiem o pogodnym usposobieniu, życzliwym, dobrego serca. Żegnaj, Janusz!

Msza Święta za duszę Janusza Kozłowskiego była odprawiona w Warszawie 27 września o godz. 12:00 w kościele Św. Kazimierza przy ul. Chełmskiej 21A. Pogrzeb odbył się 28 września we Wrocławiu na Cmentarzu Grabiszyńskim.
Cześć Jego pamięci!

Tekst Paweł Brodowski, Jazz Forum

Fot. Andrzej Rumianowski


31 I 2016 r. zmarł Janusz Muniak Legendarny saksofonista zmarł w Krakowie 31 stycznia 2016 roku.

Jedna z najbarwniejszych postaci polskiego jazzu. Kolos saksofonu. Grał w zespołach Trzaskowskiego, Komedy, Stańki i Ptaszyna, przez ostatnie cztery dziesięciolecia prowadził własne zespoły.

Nie w pełni doceniany, pozostający w cieniu swoich bardziej sławnych kolegów, był światowej klasy saksofonistą, mistrzem jazzowych standardów i ballad, natchnionym improwizatorem w tradycji wywodzącej się od Colemana Hawkinsa i Lestera Younga, i rozwijanej przez takich luminarzy jak Johnny Griffin, Dexter Gordon, Stan Getz, Joe Henderson, ale także Archie Shepp i John Coltrane. Sam krzyżował instrumenty z takimi liderami jak Don Cherry, Hank Jones, Freddie Hubbard, Hank Mobley i Charlie Ventura. Miał swój własny sound będący syntezą tych wszystkich wpływów, swój charakterystyczny sposób kształtowania dźwięku i budowania frazy.

Przez prawie ćwierć wieku był szefem muzycznym krakowskiego Jazz Clubu „U Muniaka”, laureatem Złotego Helikonu i Złotego Fryderyka, pośmiertnie odznaczonym Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Człowiekiem wielkiego serca, artystycznej szczerości, dobroci i humoru.

Po raz ostatni grał w swoim klubie w noc sylwestrową minionego roku, dzień przedtem u Harrisa, w połowie grudnia na koncertach wyjazdowych w Gorzowie Wielkopolskim i Warszawie, w klubie 12on14. 3 stycznia doznał rozległego zawału, przez cztery tygodnie leżał w szpitalu na oddziale intensywnej terapii, w śpiączce farmakologicznej, bez kontaktu ze światem. Tliła się jeszcze nadzieja, ale mógł odejść w każdej chwili. Ta chwila nadeszła w niedzielne popołudnie 31 stycznia. Miał 74 lata.

Janusz Muniak przyszedł na świat w Krakowie 3 czerwca 1941 roku. Talent muzyczny przejawiał od najmłodszych lat. Uczył się gry na skrzypcach w podstawowej i średniej szkole muzycznej w Krakowie. Jak trafił do jazzu, opowiedział Krystianowi Brodackiemu w wywiadzie dla naszego czasopisma w 1977 roku:

„Z jazzem nawiązałem kontakt bardzo wcześnie. Miałem taki etap, że nie wyobrażałem sobie, że może mi się coś podobać poza jazzem tradycyjnym… Do saksofonu doszedłem przez klarnet. Pod koniec roku 1959 z pomocą rodziców kupiłem sobie saksofon tenorowy, a to był atut, który otwierał drzwi nawet do Piwnicy. Ale najważniejszy był lokal Krakowskiego Jazz Clubu, mieszczący się w średniowiecznej kamienicy przy ul. św. Marka. Niewtajemniczonym bardzo trudno było się tam dostać. Zobaczyłem tam całą krakowską czołówkę: zespół Drążka Kalwińskiego, Wojtka Karolaka, Gucia Dyląga. Nie było łatwo się do nich zbliżyć, bo to byli ludzie działający na innym pułapie. Ale na jakimś jamie odważyłem się i wydałem kilka dźwięków. Ktoś powiedział: ‘Ty stary! Ty nawet nieźle swingujesz!’ To mnie zmobilizowało…”

Debiutował w Lublinie w 1960 w zespole pianisty Witolda Miszczaka. Ale grywał głównie w Krakowie – w klubach i nocnych lokalach. W Zakopanem zetknął się z kontrabasistą Jackiem Ostaszewskim. Grali razem w zespole perkusisty Wiesława Schoenborna, w Wierchach i Morskim Oku.

„Jacek powiedział Tomkowi Stańce: ‘Słuchaj, jest taki saksofonista, nazywa się Muniak’. Podobno Stańko nie chciał o mnie słyszeć. Mimo to trafiłem na próbę i od tej pory zostaliśmy już razem na wiele lat”. Jacek Ostaszewski pamięta moment, kiedy Muniak zjawił się na pierwszej próbie: „Stańko był w szoku. Jasiu przyszedł w zielonym, tyrolskim kapeluszu. To był obciach, bo w tych czasach krakowscy jazzmani, jak np. Wojtek Karolak, byli światowcami, należeli do towarzyskiej elity”. Krzysztof Komeda pisał muzykę do filmów Polańskiego, Andrzej Trzaskowski wrócił z tournée po Ameryce. Zbyszek Namysłowski wspominał, że gdy po raz pierwszy zobaczył Muniaka, miał wrażenie, że to „muzyk knajpowy”, ale szybko się przekonał, że to niezwykle zdolny artysta, który potrafi zagrać wszystko.

Na jesieni 1963 roku Muniak został członkiem Jazz Darings (Stańko, Muniak, Ostaszewski, Wiktor Perelmuter - dr), zajął miejsce pianisty Adama Matyszkowicza (Makowicza), który dostał angaż do Kwintetu Kurylewicza. Jazz Darings byli wówczas zespołem bez fortepianu, grali utwory Ornette’a Colemana, m.in. Lonely Woman. Niemiecki krytyk Joachim Ernst Berendt, autor biblii jazzu „Das Jazz Buch” („Wszystko o jaz­zie”), pisał, że Jazz Darings byli pierwszym zespołem free­jazzowym w Europie, a Janusz Muniak pierwszym europejskim saksofonistą, który grał muzykę Or­nette’a Colemana.

Stańkę przechwycił do swojego zespołu Komeda, a Muniak i Ostaszewski weszli w skład awangardowego Kwintetu Trzaskowskiego. Dołączył do nich „wypożyczony” od Komedy Tomasz Stańko, na bębnach grał Adam Jędrzejowski, ex-Wreckers. Wystąpili na Jazz Jamboree ’64 i nagrali płytę w serii Polish Jazz „The Andrzej Trzaskowski Quintet” (vol. 2). Z zespołem Trzaskowskiego Janusz po raz pierwszy wyjechał za granicę – do Belgii. Rok później powrócili na Jazz Jamboree, ale już jako Sextet, z amerykańskim trębaczem Tedem Cursonem (który wcześniej grał z Charlesem Mingusem), na saksofonie altowym dołączył Włodek Nahorny, Muniak grał głównie na sopranie. Na płycie Sekstetu pt. „Seant” znalazła się m.in. słynna wariacja na temat melodii ludowej Oj tam u boru oraz rozbudowana, prawie półgodzinna Cosinusoida z solówką Janusza na sopranie. Z Tedem Cursonem występowali w Niemczech, m.in. na festiwalu Ost-West w Norymberdze.

Równolegle Muniak współ­pracował z Krzysztofem Komedą (Krzysztof go bardzo cenił, a Zosia uwielbiała). Z Komedą wystąpił latem 1965 roku na festiwalu w Bledzie w Jugosławii (Andrzej Dąbrowski na perkusji).

Grał więc Janusz Muniak w zespołach dwóch najważniejszych liderów tamtych czasów. O Komedzie mówi się, że był duszą polskiego jazzu, Trzaskowski to jego mózg, a Muniak – serce. Włodek Nahorny swojej debiutanckiej płycie z 1967 dał tytuł „Heart” – balladę Serce zadedykował Muniakowi.

W drugiej połowie lat 60. Janusz przeniósł się do Warszawy, przez kilkanaście lat mieszkał z żoną Hanią na Powiślu. Dostał etat w Orkiestrze Polskiego Radia pod dyrekcją Edwarda Czernego i Bogusława Klimczuka. Brał udział w niezliczonych sesjach radiowych, nagrywał m.in. muzykę Jerzego „Dudusia” Matuszkiewicza do słynnych seriali telewizyjnych. Był też, jak się okazało, jednym z pierwszych jazzmanów, którzy podjęli współpracę z muzykami rockowymi, jeszcze przed Namysłowskim i Nahornym. W 1967 roku grał w sekcji dęciaków na pierwszym albumie Czesława Niemena z Akwarelami „Dziwny jest ten świat”.

W tym samym roku wystąpił na Jazz Jamboree z Kwartetem Tomasza Stańki (w sekcji: Jan Gonciarczyk - b, Janusz Stefański - dr). Wkrótce zawiązał się legendarny Kwintet, który tworzyło pięć wspaniałych indywidualności: Stańko, Muniak, Zbigniew Seifert (początkowo tylko na saksofonie altowym, potem również na skrzypcach), Bronek Suchanek na kontrabasie i Janusz Stefański na perkusji. To była najważniejsza polska formacja przełomu lat 60. i 70., zespół freejazzowy, traktujący kompozycje jako szkice inicjujące muzyczną akcję, jako odskocznię do frenetycznych, często kolektywnych improwizacji.

Wielkim wstrząsem dla polskiego środowiska jazzowego była śmierć Krzysztofa Komedy w kwietniu 1969 roku. Janusz Muniak był pośród muzyków, którzy na warszawskich Powązkach żegnali swojego guru i przyjaciela muzyką. Kattornę i Kołysankę grali przy grobie m.in. Ptaszyn Wróblewski, Włodek Nahorny i właśnie Janusz Muniak.

W 1970 roku Kwintet Stańki złożył hołd Komedzie albumem „Music For K”. Spektakularny sukces na Berliner Jazztage w 1970 roku otworzył przed Kwintetem sceny europejskie. Grali na wszystkich najważniejszych festiwalach, w Berlinie, Altenie, Norymberdze, Pori, Sztokholmie. Nagrali na Zachodzie jeszcze dwie płyty: „Jazzmessage From Poland” i „Purple Sun”. W 1973 roku, będąc u szczytu możliwości, Kwintet rozwiązał się, każdy z muzyków poszedł swoją drogą.

Już dużo wcześniej, bo w roku 1968, rozpoczął Muniak trwającą 10 lat współpracę ze Studiem Jazzowym Polskiego Radia, skupiającym czołówkę polskich muzyków jazzu nowoczesnego (w pierwszym okresie szkieletem Studia był Kwintet Stańki w komplecie). Z big bandem tym nagrał trzy płyty. Był także w latach 70. członkiem Orkiestry PRiTV S-1 Andrzeja Trzaskowskiego.

Ale największą popularność i sympatię przyniosła mu rola, jaką odegrał w innym zespole Ptaszyna – SPPT Chałturnik. Ta niez­wyczajna formacja, złożona wyłącznie z jaz­z­manów nowoczesnych, grała muzykę będącą pastiszem big bandów lat 20. i 30. – muzykę, w której było miejsce na humor i wygłupy. Wszyscy się wygłupiali, ale celował w tym Muniak, który popisywał się np. grą na saksofonie podłączonym do odkurzacza. Janusz Muniak był gwiazdą tego zespołu, wesołkiem i maskotką. Grał na saksofonie, flecie i… skrzypcach. I śpiewał, parodiując stare przeboje. Największym jego hitem było Kto tak pięknie gra?, parafraza przedwojennego standardu Sweet Sue. Janusz miał niebywałe poczucie humoru, był autorem zabawnych powiedzonek, błyskotliwych skojarzeń, od tamtych czasów krążą o nim liczne anegdoty…

Po rozpadzie Kwintetu jego koledzy rozjechali się po świecie. Janusz musiał znaleźć dla siebie nowe miejsce. Przez pewien czas grał w zespole Jana Jarczyka, a gdy i Jarczyk wyjechał do Skandynawii, Muniak założył pierwszy zespół, który funkcjonował pod jego nazwiskiem jako Kwartet bądź Kwintet. W początkowym okresie grali Stanisław Cieślak - tb, Marek Bliziński - g, Paweł Perliński - p, Andrzej Dechnik - b, Jerzy Bezucha - dr.

W 1976 roku ukazał się pierwszy autorski album Muniaka pt. „Question Mark”, w serii Polish Jazz. W jednej z kolejnych mutacji miejsce Blizińskiego na gitarze zajął Jarek Śmietana. Ze swoimi zespołami wyjeżdżał Janusz za granicę, na festiwale do Niemiec, Bułgarii, Rumunii, Węgier, Belgii, Holandii, do Włoch.

Brzmienie zespołu oscylowało na początku pomiędzy free i mainstreamem. „Możemy odejść w każdą stronę, a potem powrócić, grać w tonacji i poza tonacją, ale zawsze wiemy, gdzie jesteśmy, jak znaleźć wyjście z najtrudniejszej sytuacji” – mówił Muniak. Ale z upływem czasu stawał się koryfeuszem środkowego nurtu. I tą ścieżką podążał do końca życia.

Współpracował z wieloma innymi liderami, m.in. z Krzysztofem Sadowskim, Andrzejem Dąbrowskim („Time For Love”), czy tureckim pianistą Tuną Ötenelem, z którym połączyły go wyjątkowe porozumienie i nić sympatii. Otaczał się jednak głównie młodymi muzykami, zwłaszcza od czasu, gdy na początku lat 90. zaczął prowadzić w Krakowie własny klub jazzowy przy ulicy Floriańskiej (Muniak był szefem artystycznym, menedżerem klubu od 20 lat jest Janusz Lunz). Klub ten stał się prawdziwym inkubatorem nowych talentów. Nie sposób wymienić tych wszystkich wspaniałych muzyków, których Muniak wziął pod swoje skrzydła, bo to cały legion, a są wśród nich m.in. Joachim Mencel, Michał Tokaj, Adam Kowalewski, Tomasz Grzegorczyk, Maciej Adamczak, Sebastian Frankiewicz, Łukasz Żyta, Marcin Ślusarczyk, Dawid Fortuna, Paweł Kaczmarczyk… Część tych nazwisk widnieje na jego płytach: „Placebo”, „You Know These Songs?”, „Not So Fast”, „One And Four”, „Spotkanie”, „Just Friends”, „Annie”. Ostatni jego album, „Contemplation”, wydany jesienią zeszłego roku, został nagrany w ob­sa­­dzie międzynarodowej.

Z żoną, której dedykowana jest tytułowa ballada na przedostatniej z wymienionych płyt, związany był Janusz przez ponad pół wieku. Hania dotrzymywała mu kroku na wszystkich koncertowych eskapadach i w nocnych „ekscesach”, ale ostanie 20 lat nie wychodziła z domu, podobno ani razu nie przekroczyła progu klubu "U Muniaka". Odeszła na zawsze latem zeszłego roku. Teraz są znowu razem.
Żegnaj, Jasiu!

Paweł Brodowski, Jazz Forum

Fot. Andrzej Rumianowski

23 IV 2015 r. zmarł Piwowar "Dobranoc Jaśko. Sławomir Piwowar 1953-2015" - taki wpis pojawił się na oficjalnym profilu SBB na Facebooku.

"Dziś odszedł wspaniały człowiek, wybitny muzyk Sławek Piwowar. Sławku będziemy nosić pamięć o Tobie w naszych sercach" - to z kolei wpis z profilu Kasi Kowalskiej. Początki kariery muzycznej Sławomira Piwowara to występy z gitarą klasyczną (laureat Festiwalu San Sebastian w Hiszpanii), a następnie przygoda z jazzem z zespołami Paradox i Bemibek. W latach 70. gitarzysta pojawił się w składzie grupy Aerolit towarzyszącej Czesławowi Niemenowi (płyta "Niemen Aerolit"). Pod koniec dekady dołączył jako drugi gitarzysta do SBB z którą nagrał album "Memento z banalnym tryptykiem" z 1981 r. (napisał utwór "Trójkąt radości"). W składzie tej grupy pojawiał się także w 2006 i 2014 r. Piwowar od lat 80. występował jako klawiszowiec (współpraca z Grzegorzem Ciechowskim pod szyldem Obywatel G.C. - muzyka do filmu "Stan strachu"). W kolejnych latach pojawiał się u boku m.in. Kasi Kowalskiej (1994-98), Eweliny Flinty i Urszuli (płyty od 1992 do 2013 r.).

Czytaj więcej na http://muzyka.interia.pl/rock/news-slawomir-piwowar-nie-zyje,nId,1703560#utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=chrome

Fot. Andrzej Rumianowski

16 marca w wieku 86 lat zmarł w Warszawie perkusista Mirosław Ufnalewski, jeden z pionierów jazzu w powojennej Polsce.

Urodził się w Warszawie 23 października 1928 roku. Od najmłodszych lat wychowywał się w atmosferze artystycznej bohemy – jego ojciec był pianistą, w domu u nich bywali słynni muzycy tamtych lat, m.in. Szymon Kataszek. Jako perkusista był samoukiem. Początki jego drogi muzycznej to młodzieżowy zespół Marabut, z którym pod koniec lat 40. grał na potańcówkach w Polskiej YMCA (Jerzy Herman - p, Wojciech Piętowski - p, Edmund Fetting - acc, voc; Antoni Zdanowicz - g, Zenon Woźniak – b, Andrzej Zborski - cl). Mirek był do wynajęcia, grywał z powodzeniem w różnych przypadkowych składach. W okresie „katakumbowym”, gdy jazz zszedł do podziemia, u niego w mieszkaniu na Skaryszewskiej, na warszawskiej Pradze, spotykali się przy starym pianinie muzycy z różnych stron Polski, m.in. Andrzej Trzaskowski, Jerzy „Duduś” Matuszkiewicz, Jerzy Herman, Krzysztof Trzciński… W połowie lat 50. związał się z zespołem skrzypka i saksofonisty Józefa Mazurkiewicza, z którym występował m.in. w Niemczech i ZSRR. Jeszcze dłużej grał i śpiewał w Kwartecie Warszawskim. Z tym zespołem występował w wielu krajach, m.in. w roku 1964 w USA w ramach programu Polskiego Radia – zetknął się wtedy z legendarnym perkusistą Gene’em Krupą. Z Kwartetem nagrał też kilka płyt, śpiewając scatem pierwsze polskie transkrypcje muzyki barokowej. Kilka występowali – z powodzeniem – na Festiwalach Piosenki Polskiej w Opolu. Jego osobisty sukces to udział w nagraniu czarnej płyty z muzykami zespołu Glenna Millera, który występował w Warszawie w 1957 roku pod dyrekcją Raya McKinnleya. Mirek pozostawił po sobie zbieraną przez lata kolekcję płyt, zdjęć oraz filmów z nagranymi big bandami amerykańskimi, które szczególnie cenił. Znał pokaźną część muzycznej literatury jazzowej. Po jego śmierci z pionierskiego składu zespołu Mazurkiewicza pozostał tylko Zbigniew Choroszewski w Londynie, Ryszard Koliński w Rembertowie i autor tego wspomnienia Bogdan Kezik.
Żegnaj, Mirko! Pogrzeb był w piątek 20 marca, nabożeństwo żałobne o godz. 12.00 w Kościele Matki Bożej Królowej Polski przy ul. Gdańskiej 6 A na warszawskim Marymoncie.

Bohdan Kezik

Fot. Andrzej Rumianowski


21 VII 2013 r. zmarł po długiej chorobie, przeżywszy 70 lat, Ryszard Zawistowski, puzonista wielu zespołów jazzu tradycyjnego, a przede wszystkim założyciel i lider działającej od 1971 roku popularnej grupy Gold Washboard Hot Company, z którą występował w wielu krajach i zdobywał nagrody, m.in. Złotą Tarkę.

Prawdziwy pasjonat i animator środowiska warszawskiej „Stodoły”, artysta o wielkim temperamencie i pogodnym usposobieniu. Zaledwie dzień wcześniej w warszawskim w klubie Barometr odbył się specjalny benefis, podczas którego Ryszarda wspominało muzyką i słowem liczne grono przyjaciół; wystąpiło w różnych formacjach prawie 30 muzyków

.

Fot. Andrzej Rumianowski
Najwybitniejszy polski gitarzysta jazzowy Jarek Śmietana zmarł w poniedziałek 2 września ok. godziny 17.00 u siebie w domu w Krakowie. Odszedł po wielomiesięcznej walce z nieuleczalną chorobą, w skutek powikłań po operacji usunięcia guza mózgu. Miał 62 lata.

Polski jazz poniósł wielką stratę – Jarek Śmietana był jedną z jego centralnych postaci. W dorocznej ankiecie czytelników JAZZ FORUM przez ponad trzy dekady bezdyskusyjna gitara nr 1. Charyzmatyczny bandleader, katalizator niezliczonych akcji i projektów, znakomity kompozytor i aranżer. Pozostawił po sobie kilkadziesiąt płyt, ponad 30 autorskich.

Nie był nowatorem, nie stworzył odrębnego idiomu wypowiedzi, ale miał własne, rozpoznawalne brzmienie, które było syntezą jego rozległych zainteresowań i inspiracji. Wychowany na muzyce beatowej i rhythm and bluesie, stał się championem jazz-rocka, a potem szedł ścieżką hard bopu i mainstreamu, ogarniając całą tradycję jazzu. Jego wczesne fascynacje to: m.in. The Animals, The Beatles, John Mayall & The Bluesbreakers, Cream, Eric Clapton, Jimi Hendrix, także B.B. King i Santana, a potem koryfeusze jazzu nowoczesnego: Wes Montgomery, Pat Martino, Kenny Burrell, George Benson, John McLaughlin, John Scofield, John Abercrombie, Mike Stern. Uwielbiał zarówno Johna Coltrane’a, Milesa Davisa, jak i Ornette’a Colemana, któremu zadedykował jedną z płyt.












Paweł Brodowski, Jazz Forum

Fot. Andrzej Rumianowski

2 VII 2012 r. zmarł Tomasz Szukalski Tomasz „Szakal” Szukalski, uważany za jednego z najwybitniejszych polskich saksofonistów jazzowych, zmarł 2 sierpnia 2012 roku w szpitalu w Piasecznie. Miał 64 lata. – Z kimkolwiek grał, grał lepiej od niego – mówił o Szukalskim Tomasz Stańko. – To był największy polski saksofonista, jeden z najwybitniejszych saksofonistów na świecie. Gigant. Grał wiele lat z Tomaszem Stańką, ze Zbigniewem Namysłowskim. To był bardzo otwarty człowiek, bardzo towarzyski. Tomasz Szukalski był mistrzem, legendą dla młodych muzyków. Grał na saksofonie ciepłym, słowiańskim tonem. Gdy ktoś słuchał jego koncertów, nie mógł być obojętny. Tomek stawiał słuchaczy na równe nogi – powiedział pianista Artur Dutkiewicz, wieloletni współpracownik Tomasza Szukalskiego.

– Grał w sposób tak przejmujący, że zdarzało się, że na koncertach w czasie jego solówek ludzie płakali, ja też płakałem – wspominał Szukalskiego redaktor naczelny magazynu JAZZ FORUM Paweł Brodowski.

– Tomek był jednym z najwybitniejszych polskich muzyków jazzowych, prawdopodobnie największym polskim saksofonistą, jednym z największych w Europie – powiedział Brodowski. – Był artystą niedostrzeganym, może nie potrafił sobie z różnymi sprawami i ludźmi poradzić. Jego kariera nie potoczyła się tak, jak mogła, biorąc pod uwagę jego talent, pasję i umiejętności.

W ostatnich latach zmagał się z chorobą Parkinsona. Ostatni koncert zagrał półtora roku temu, ale podobno jeszcze w listopadzie ub.r. ćwiczył na saksofonie – dodał Brodowski.

Szukalski urodził się 8 stycznia 1948 r. w Warszawie, wychował się na Pradze. W Warszawie uczęszczał do liceum muzycznego, studiował w PWSM w klasie klarnetu (dyplom obronił jako saksofonista wiele lat później, w 2003 roku w Akademii Muzycznej w Katowicach). W 1970 roku zdobył I Nagrodę w konkursie Jazzu nad Odrą i niemal natychmiast został członkiem i jednym z głównych solistów Studia Jazzowego Polskiego Radia Jana Ptaszyna Wróblewskiego. Ważnym etapem jego kariery okazał się okres współpracy (od 1972) z zespołem Zbigniewa Namysłowskiego, z którym nagrał takie albumy jak „Winobranie” i „Kuyaviak Goes Funky”. W latach 70. Szukalski grywał też z innymi tytanami polskiego jazzu. Z Tomaszem Stańką w grudniu 1975 roku nagrał „Balladynę” – jego pierwszy autorski album wydany przez ECM (z Dave’em Hollandem i Vesalą), współtworzył międzynarodowy kwartet Stańki TWET (z Vesalą i Peterem Warrenem), koncertował też z naszym trębaczem w duecie.

W 1977 roku Szukalski zainicjował zespół The Quartet, w którego skład weszli pianista Sławomir Kulpowicz, basista Paweł Jarzębski oraz perkusista Janusz Stefański. The Quartet postrzegano jako zespół bez lidera, złożony z wybitnych indywidualności muzycznych, a jego repertuar tworzyły głównie kompozycje Kulpowicza oraz Szukalskiego. W 1984 r. muzyk zaczął współpracę z nowym zespołem – triem, w którego składzie znaleźli się też Wojciech Karolak (instrumenty klawiszowe) i Czesław Bartkowski (perkusja). Ich album „Time Killers” został uznany przez krytykę za najciekawszą polską płytę jazzową lat 80. W ankietach „Jazz Top” czytelników JAZZ FORUM
Szukalski zwyciężał przez wiele lat jako najwybitniejszy polski saksofonista tenorowy i sopranowy. Grał również doskonale na klarnecie basowym.

Grał zarówno jazz, jak i muzykę rockową. Nagrywał i koncertował w porywającym stylu z Tadeuszem Nalepą, SBB i Józefem Skrzekiem („Ambitus Extended”, „Wojna światów”). Z pianistą Januszem Szprotem współtworzył Blues Duo Sz-Sz. W drugiej połowie lat 80. utworzył własny Kwartet, z którym nagrał płyty „Body And Soul” i „Tina Blues”. Mistrzowskie interpretacje jazzowych ballad zaprezentował także w solowym albumie „Tina Kamila” nagranym z udziałem Grand Standard Orchestra p/d Jana Ptaszyna Wróblewskiego. Przez ponad 2o lat współpracował ściśle z pianistą Arturem Dutkiewiczem, w kwartecie i duecie. Jego saksofon zabrzmiał na ponad stu płytach.

Szukalski – artysta wielkiego formatu – prywatnie potrafił być trudny. Wychowany na warszawskiej Pradze. Słynął z tego, że często w sporach przechodził do rękoczynów. Uchodził za oryginała, do legendy przeszedł jego koncert na pile mechanicznej zakupionej w sklepie z używanymi maszynami w Puławach.

Michał Urbaniak wspominał: „Był jednym z większych buntowników, jakich pamiętam. Wspaniały muzyk. (...) Tomek nadużywał życia. Dużo podróżował, dużo grał, był wielką indywidualnością”.

– Jego gra odznaczała się ogromną siłą, ekspresją, ciosem. Nie znosił kompromisów. Być może właśnie ta jego czupurność nie zawsze mu sprzyjała – powiedział Brodowski.

W ostatnich latach Szukalski borykał się z problemami zdrowotnymi i materialnymi. Do historii przeszedł koncert „Dzień Szakala”, zorganizowany przez Artura Dutkiewicza i Radio JAZZ, który odbył się 21 listopada 2010 roku w Teatrze Bajka w Warszawie. Szukalskiemu. Występowali m.in. Ewa Bem, Artur Dutkiewicz Trio, Urszula Dudziak Super Band, Leszek Możdżer, Michał Urbaniak, Marcin Wasilewski Trio oraz Aga Zaryan z zespołem, przeznaczając dochód z benefisu na pomoc choremu przyjacielowi.

– Z pewnością jeden z najwybitniejszych polskich saksofonistów. Szukalski posiadał coś wyjątkowego, jego brzmienie było rozpoznawalne. Prawdziwy talent, samorodek. Jego silny charakter niestety nie przysłużył się jego zdrowiu, nie dbał zbyt bardzo o siebie. Jego odejście to wielka strata dla polskiego jazzu; był to jeden z tych muzyków, którzy mieliby wielką szansę na prawdziwą, międzynarodową karierę, gdyby tylko dane mu było żyć i pracować w normalniejszych warunkach – powiedział Mariusz Adamiak, organizator festiwalu Warsaw Summer Jazz Days.

Dutkiewicz, który w ostatnich miesiącach opiekował się Szukalskim, powiedział, że muzyk mieszkał przez ostatnie kilkanaście miesięcy w Domu Aktora w podwarszawskim Skolimowie. – Miał wspaniałą opiekę, ciężko chorował. Przestał grać. Ostatni koncert zagrał półtora roku temu. Żal, że odszedł tak szybko, ale żył także szybko – powiedział Dutkiewicz.

PAP

Fot. Andrzej Rumianowski

13 I 2012 r. zmarł Zbigniew Wegehaupt. Miał 57 lat. Wegehaupt uznawany za jednego z najlepszych niezawodnych basistów na polskiej scenie, grał z najwybitniejszymi muzykami jazzowymi. Brał udział w wielu festiwalach w Polsce i na świecie. Jako muzyk studyjny nagrał kilkadziesiąt płyt. Absolwent klasy kontrabasu Wydziału Instrumentalnego PWSM w Katowicach. Pierwsze sukcesy zaczął odnosić już w połowie lat 70., kiedy występował w kwartecie Wojciecha Gogolewskiego. W latach 80. współpracował ze Stanisławem Sojką przy płytach "Blublula", "Sojka Sings Ellington" i "Matko, która nas znasz". Z kolei w roku 1992 wraz z Grzegorzem Ciechowskim nagrał płytę "Obywatel świata”.

Fot. Andrzej Rumianowski

Rys. Julia Rumianowska