POLACY Z WYBORU

Tekst: Marek Gaszyński

Imre Szenes ("murzyn"), Jeanne Johnstone( po jego lewej), Elisabeth Charles (po jego prawej). Rok 1947.

Imre Szenes („murzyn”), Jeanne Johnstone (po jego lewej), Elisabeth Charles (po jego prawej). Rok 1947.

Repertuar przedwojennego QUI PRO QUO

Repertuar przedwojennego QUI PRO QUO. Na zdjęciu Imre Szenes (bjo) – w prawym górnym rogu.

W. Bieżan, J. Johnstone, B. Napieralski, K. Kaliszewska, J. Komorowski, J. Świąć, E. Charles, Z. Karasiński, I. Szenes. Rok 1947.

W. Bieżan, J. Johnstone, B. Napieralski, K. Kaliszewska, J. Komorowski, J. Świąć, E. Charles, Z. Karasiński, I. Szenes. Rok 1947.

Orkiestra Ch

Orkiestra Ch. Bovery’ego.

Recenzja z pierwszego powojennego koncertu jazzowego w YMCA.  1947 r

Recenzja z pierwszego powojennego koncertu jazzowego w YMCA. 1947r.

Dwaj muzycy, obywatele innych państw, przyczynili się swą działalnością do rozwoju Polskiego Jazzu. Jednym z nich był Imre Szenes, Węgier, który wybrał Polskę za swą Ojczyznę. Jego syn, który mieszka w Polsce i jest zawodowym muzykiem perkusistą, nazywa się identycznie jak ojciec. Junior Szenes przekazał w darze na rzecz Fundacji Muzeum Jazzu szereg zdjęć i plakatów do zeskanowania, a także opowieść o swym Ojcu:

Ojciec urodził się w roku 1898 w miejscowości Ujpest na Węgrzech. Prowadził cygański tryb życia i pewnego dnia trafił do Austrii gdzie pobierał lekcje muzyki, był klezmerem i tam w roku 1922 poznał Jerzego Petersburskiego, koncertującego wraz ze swą orkiestrą w różnych państwach Europy. Przyłączył się do orkiestry, a gdy tournee dobiegło końca na stałe osiadł w Warszawie. Grał z różnymi orkiestrami, w małych składach, w kabaretach. Był przede wszystkim perkusistą, ale grał także na banjo i na gitarze. Wspaniale tańczył i stepował, był chyba pierwszym stepistą w Polsce. Wyczuł, że zbliża się wojna, chciał opuścić zagrożoną Polskę, ale było już za późno na wyjazd. Został zatrzymany przez Niemców, bity, torturowany, brutalnie przesłuchiwany, ale w końcu puszczono go na wolność. Przystał do konspiracji, wstąpił w szeregi AK – był w II Obwodzie „Żywiciela” na Żoliborzu w zgrupowaniu „Żaglowiec” w 208 plutonie i miał pseudonim „Węgier”. Uczestniczył w akcji w okolicach Dworca Gdańskiego i tylko dwaj uczestnicy przeżyli tę akcje, reszta zginęła w boju.
W roku 1940 lub 1941 ojciec poznał moją mamę Eugenię Kowalczak – oboje byli wtedy zaangażowani w konspirację. Poznali się, ale Niemcy wywieźli ją i jej pierwszego męża do Matthausen. Mąż zmarł, ona przeżyła wojnę w Ravensbruck, a po wyzwoleniu , choć mogła wybrać Anglię czy USA, wróciła do Polski. Odnowili znajomość, zamieszkali razem i ja przyszedłem na świat w roku 1951.
Po Powstaniu Ojciec zamieszkał na pewien czas w Wawrze, a gdy nadeszło wyzwolenie znów zaczął szukać kontaktu z muzyką. Związał się z Zygmuntem Karasińskim i gdy ten stworzył zespół pod nazwą „1.000 Taktów Muzyki Jazzowej” został jej solistą: grał na perkusji i stepował. W roku 1953 został zaaresztowany za udział w AK, rok siedział w Olsztynie, potem go wypuszczono i zrehabilitowano, dostał także „polskie papiery”. W roku 1956 przestał czynnie występować na scenie i rozpoczął pracę jako instruktor akrobacji cyrkowej . Goniła go jednak choroba, nie zapomniały o nim urazy odniesione w kazamatach gestapo a potem w więzieniu w Olsztynie. W roku 1963 przeszedł na emeryturę i zmarł w 1965 – miałem wtedy 14 lat. Po Ojcu odziedziczyłem miłość do muzyki, talent do tańca, chęć do grania: jestem perkusistą, zacząłem pracę w Reprezentacyjnej Orkiestrze SGGW, a potem byłem członkiem zespołu estradowego Wojsk Ochrony Pogranicza pod nazwą „Granica”.
A oto jak „spolszczonego” Węgra w swych niedawno wydanych „Dziennikach” wspomina Agnieszka Osiecka:
Na jazzie grał Imre Szenes i pokazywał trochę swoich akrobacji. On ma już 56 lat, połamane kości w całym ciele (Niemcy go tak urządzili, gdy w czasie okupacji jako Węgier wyzwalał mnóstwo polskich więźniów z Pawiaka, co zostało wykryte i miało takie konsekwencje) – cudem został żywy. Aż mnie wszystko boli kiedy on robi szpagaty. On się wtedy śmieje, ale wiem że on potem trzyma nogę pionowo na ścianie broniąc się przed skurczem i zagryza wargi aż do bólu. Imre nawet wtedy jest pogodny, nawet wtedy oczy mu się śmieją. Lubi takie wieczory, lubi swój „jazz” i ludzi i starego szarego kota wałęsającego się między stolikami. Ma rocznego synka i mimo swego stanu zdrowia jest pewien, że go wychowa.

Karol Bovery

W roku 1942 przyjechała do Polski czeska orkiestra taneczno-jazzowa, której członkiem był saksofonista Karol Bovery (prawdziwe nazwisko Karol Najdl). Orkiestra odegrała szereg koncertów dla niemieckiego wojska, występowała w restauracjach „tylko dla Niemców” i wróciła do siebie. Ale w Polsce, w Warszawie, mimo trwającej okupacji pozostał Karol Bovery. Przeżył ostatnie lata wojny, a gdy nadeszło wyzwolenie włączył się w działalność naszego środowiska jazzowego. Grał z innymi muzykami, założył własny zespół, uczestniczył w organizowanych przez Leopolda Tyrmanda koncertach w YMCA, grywał do tańca w Czerwonej Oberży.
Swą współpracę z orkiestrą Karola (Charlesa) Bovery’ego wspomina pianista, kompozytor i aranżer Roman Czubaty:
Do Bovery’ego trafiłem w ten sposób, że gdy grałem piano bar w Bristolu, wszedł, posłuchał mojego grania, i powiedział, żebym przyszedł na przesłuchanie, na próbę. Bovery już wtedy był związany etatowo z teatrem Komedia. Poszedłem, zagrałem i podpisałem kontrakt na 12 miesięcy: 11 miesięcy grania i 1 miesiąc płatnego urlopu. Grało się wtedy tak: o 10.00 próba do 14.00, od 19.00 do 21.00 przedstawienie, od 22.00 – do 0.30 w Bristolu lub Kongresowej granie do tańca. Bovery był wymagającym szefem, ale ludzi wyrzucał niechętnie. Śpiewali z nami czasami gościnnie: Kurtycz, Gniatkowski, Jan Danek, grali czasem na zastępstwie: Pradella, i Brągiel. Mój etat wynosił 2.900 złotych – za to trzeba było zagrać przynajmniej 24 przedstawienia miesięcznie. Samochód kosztował wtedy 180.000 złotych. Grając z Boverym równocześnie współpracowałem, jako aranżer z orkiestrami Rachonia, Turewicza i Klimczuka, a w połowie lat 60. zdecydowałem się odejść od orkiestry by poświęcić się pracy aranżera i kompozytora.
Najlepsze lokale Warszawy to wtedy były: Kameralna, Kamieniołomy, Bristol, Czerwona Oberża /ale to inny typ lokalu, raczej tancbuda/, Polonia. W Polonii „na dołku” grało trio Jerzego Hermana, a w sali głównej orkiestra Braci Łopatowskich. Były też inne orkiestry: Górkiewicza i Skowrońskiego, radiowe, orkiestra Karasińskiego. Najlepsi muzycy tamtych czasów to Władysław „Kaczka” Kowalczyk – on był stale czymś zajęty, rozchwytywany, pływał na statkach, i Alfred Pradella – to była wielka osobowość, ważna postać. Muzycy wtedy grali i w Filharmonii, w knajpach, w teatrze i w każdej roli sprawdzali się doskonale.
Wracając do Bovery’ ego ciekawe dlaczego nie wystąpił na I Festiwalu Jazzowym w Sopocie w roku 1956. Był wtedy w Sopocie, wynajął jeden z pawilonów, i w tym Swing Pawilonie grał do tańca ze swą orkiestrą. Krystian Brodacki, autor „Historii jazzu w Polsce” (PWM Edition 2010) powołuje się na opinię Władysława Jagiełły, że zadecydowała o tym osobista niechęć Tyrmanda do Bovery’ ego. A przecież Bovery bardzo się dobrze przysłużył polskiemu jazzowi zatrudniając w swych orkiestrach wielu naszych muzyków starszego i młodszego pokolenia, m.in. klarnecistę Juliusza Skowrońskiego, trębacza Franciszka Górkiewicza, pianistów Wacława Czyża i Tadeusza „Errolla” Kosińskiego, perkusistów Władysława Jagiełłę i Janusza ”Mreka” Bylińskiego.