Rafał Olbiński. Życie towarzyskie i jazzowe


Wykorzystano tekst Jazz Forum 4-5 1997 udostępniony na polishjazzarch.com, oraz fragmenty tekstów: culture.pl, jazzforum.com.pl – Rafał Olbiński: 50 Okładek na 50-lecie JAZZ FORUM Fot. Filip Błażejowski / jazzforum.com.pl – Rafał Olbiński: 50 Okładek na 50-lecie JAZZ FORUM. Redakcja techniczna: Radosław Czapski.

Rafał Olbiński – Artyści w Łazienkach. Artyści w Łazienkach to cykliczne spotkania autorskie z artystami różnych dziedzin sztuki, podczas których gospodarz – Czesław Czapliński poszukuje odpowiedzi na pytanie: „Kim jest Artysta?”.

Rafał Olbiński na wernisażu wystawy okładek JAZZFORUM podczas Festiwalu Jazz 2015.
Fot. Filip Błażejowski
jazzforum.com.pl – Rafał Olbiński:
50 Okładek na 50-lecie JAZZ FORUM

1 lipca 2021 w Muzeum Narodowym w Kielcach otwarto monograficzną wystawę Rafała Olbińskiego– słynnego plakacisty, malarza i grafika. Przy okazji wernisażu, pochodzący z Kielc artysta opowiadał nam o swoim dzieciństwie, inspiracjach oraz sztuce.
Realizacja filmu: PIK (2021) www.pik.kielce.pl

Wybitni artyści odc. 1 – Rafał Olbiński
Szkoła Rysunku: https://sealart.pl/

Okładka JAZZFORUM 3(23) z czerwca 1973,
z okresu, gdy Rafał Olbiński był szefem graficznym dwumiesięcznika.

Okładka JAZZFORUM 4(24) z sierpnia 1973,
z okresu, gdy Rafał Olbiński był szefem graficznym dwumiesięcznika.

Plakat Jazz Jamboree 77. Proj. Rafał Olbiński.

Plakat festiwalu Jazz Jamboree 1978.
Proj. Rafał Olbiński

Plakat festiwalu Jazz Jamboree 1979.
Proj. Rafał Olbiński

Plakat festiwalu Jazz Jamboree 1980.
Proj. Rafał Olbiński

Plakat festiwalu Jazz Jamboree 1981.
Proj.Rafał Olbiński

Plakat festiwalu Jazz Jamboree 1983.
Proj.Rafał Olbiński

Plakat festiwalu Jazz Jamboree 1988.
Proj. Rafał Olbiński

Plakat festiwalu Jazz Jamboree 1990.
Proj. Rafał Olbiński

Proj. Rafał Olbiński
Plakat festiwalu Jazz Jamboree’91

Proj. Rafał Olbiński
Plakat festiwalu Jazz Jamboree’92

Plakat festiwalu Jazz Jamboree 1993.
Proj. Rafał Olbiński

Plakat festiwalu Jazz Jamboree 1994.
Proj. Rafał Olbiński

Sometimes the Ship is Just a Ship
Rafał Olbiński
130x100cm, akryl i olej na płótnie
nr. w katalogu autora: 4154L
kolekcja prywatna Wioletty i Victora Imber (2018)
Fot. Radosław Czapski, wystawa „Rafał Olbiński – The Virtue of Ambiguity – malarstwo” w Towarzystwie Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie, 24 sierpnia 2018

Temporary Appreciation>Rafał Olbiński
124x84cm, akryl i olej na płótnie
nr. w katalogu autora: 6195b
kolekcja Joanny i Marcina Ambroziak (2018)
Fot. Radosław Czapski, wystawa „Rafał Olbiński – The Virtue of Ambiguity – malarstwo” w Towarzystwie Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie, 24 sierpnia 2018

Egoistyczne przedsięwzięcie
Rafał Olbiński
126x93cm, akryl i olej na płótnie
nr. w katalogu autora: 4094a
kolekcja Joanny i Marcina Ambroziak (2018)
Fot. Radosław Czapski, wystawa „Rafał Olbiński – The Virtue of Ambiguity – malarstwo” w Towarzystwie Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie, 24 sierpnia 2018

Pozostałości kompromisu
Rafał Olbiński
140x105cm, olej na płótnie
nr. w katalogu autora: 4125a
własność autora (2018)
Fot. Radosław Czapski, wystawa „Rafał Olbiński – The Virtue of Ambiguity – malarstwo” w Towarzystwie Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie, 24 sierpnia 2018

Defence Against Banality
Rafał Olbiński
140x105cm, akryl i olej na płótnie
nr. w katalogu autora: 5075c
kolekcja prywatna Wioletty i Victora Imber (2018)
Fot. Radosław Czapski, wystawa „Rafał Olbiński – The Virtue of Ambiguity – malarstwo” w Towarzystwie Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie, 24 sierpnia 2018

Randezvous with Poetry
Rafał Olbiński
123x103cm, akryl i olej na płótnie
nr. w katalogu autora: 4100c
kolekcja Joanny i Marcina Ambroziak (2018)
Fot. Radosław Czapski, wystawa „Rafał Olbiński – The Virtue of Ambiguity – malarstwo” w Towarzystwie Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie, 24 sierpnia 2018

Viva Espania
Rafał Olbiński
130x100cm, akryl i olej na płótnie
nr. w katalogu autora: 5280b
kolekcja prywatna (2018)
Fot. Radosław Czapski, wystawa „Rafał Olbiński – The Virtue of Ambiguity – malarstwo” w Towarzystwie Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie, 24 sierpnia 2018

 

Z okazji 83 rocznicy urodzin Rafała Olbińskiego, urodzonego 21 lutego 1943 roku, Muzeum Jazzu przedstawia wywiad ze znanym artystą, przeprowadzony na Manhattanie w 1997 roku dla Jazz Forum. Prowadzącej rozmowę Krystynie Gucewicz udało się sprowokować swojego rozmówcę do szczerych wypowiedzi na temat wspomnień z lat studenckich w Polsce, środowiska jazzowego w tamtych czasach, sukcesu w Ameryce, podejścia do twórczości, muzyki, pieniędzy, miłości, mody, a nawet… perspektyw rozwoju informatyki w XXIw.

Ilustrator, grafik, malarz i scenograf. Urodził się 21 lutego 1943 roku w Kielcach, przez znaczną część kariery mieszkał i pracował w Nowym Jorku. Jeden z przedstawicieli polskiej szkoły plakatu, w swojej praktyce zacierający wyraźne granice pomiędzy twórczością ilustratorską a malarską.

https://culture.pl/pl/tworca/rafal-olbinski

(…) Rafał Olbiński, wybitny grafik i plakacista, autor wielu popularnych okładek płytowych, w latach 70. był odpowiedzialny za szatę graficzną JAZZ FORUM. Magazyn, wydawany przez większość tamtej dekady jako dwumiesięcznik, ukazywał się w nietypowym, zbliżonym do kwadratu formacie, przypominającym raczej okładki winylowych singli niż typowe czasopismo. I z podobną swobodą Olbiński traktował okładki JF, dbając nie tylko o lakoniczne zareklamowanie zawartości numeru, ale przede wszystkim kreując ciekawe, intrygujące projekty.

jazzforum.com.pl –
Rafał Olbiński: 50 Okładek na 50-lecie JAZZ FORUM

Życie towarzyskie i jazzowe –
z Rafałem Olbińskim na Manhattanie
rozmawiała Krystyna Gucewicz
(jazz forum 4-5 1997):

Malarz, plakacista, ilustrator, od 1982 roku w USA. Urodzony w Kielcach, absolwent Wydziału Architektury na Politechnice Warszawskiej, do wielkiego świata trafił przez jazz i JAZZ FORUM. Najprzystojniejszy mężczyzna na Manhattanie. Mieszka w Nowym Jorku, kocha Nowy Jork, maluje Nowy Jork. Zdobył sławę i pieniądze oraz pozycję wybitnego surrealisty końca XX wieku.

JAZZ FORUM: Nonszalancja, róża w butonierce, uśmiech gwiazdy SoHo czy właśnie po to wyjechałeś do Stanów?

RAFAL OLBIŃSKI: Hmm, czuję się zaskoczony pytaniem…, zasłonię się jazzem. Przez to, że miałem do czynienia ze środowiskiem jazzowym, ta nonszalancja, róża w butonierce były czymś codziennym. Nawet w Polsce lat 60. Tomek Stańko chodził z długimi włosami w kapeluszu, jak Gało Barbieri.

JF: I może chciałeś zmałpować to na swój sposób?

RO: Nie małpowałem ich. Marzyłem tylko, żeby mieć taką swobodę, która jest poparta nie tylko tym, co robię. Oni byli świetnymi muzykami i dokładnie w nosie mieli całą resztę. Mogli, bo byli świetni w tym, co robili. Zresztą ten sam „świetlany przykład” miałem wcześniej na Wydziale Architektury. Moi profesorowie, sławy przedwojenne, ubierali się zupełnie inaczej niż szara nomenklatura dookoła. Z sanacyjnym charmem. Pniewski, Hryniewiecki, Bogusławski — piękne twarze, piękne garnitury, fulary, krawatki…

JF: Czyli jednak zgadłam. Po to pojechałeś do Ameryki!

RO: Ależ oczywiście, że po to.

JF: Ubieranie się jest dobrym tematem. Moda nie pojawia się bez powodu. Styl jest sposobem maskowania lub wydobycia czegoś z siebie. I ty o tym dobrze wiesz.

RO: Lubię ubierać się inaczej i lubię być dobrze ubrany. Może to wynika z tego, że w Polsce „za moich czasów” były takie szalone braki na rynku. Pamiętam, kiedy jako 19-letni chłopak pojechałem do Zakopanego na narty, a nie miałem butów narciarskich. Wybrałem się w półbutach, jedynych zresztą, a kupiłem je za jakąś nagrodę, którą wygrałem w konkursie dla plastyków-amatorów w Kielcach. Pamiętam czasy, kiedy po buty jeździło się do Berlina…

JF: Dziś nosisz czerwone lakierki.

RO: Zdarza się. A pamiętam, kiedy się ubierało „na ciuchach” na Pradze i chodziłem we wspaniałym skórzanym płaszczu, imponującym szynelu jakiegoś oficera Abwehry. Lubiłem takie prowokujące rzeczy. Wszyscy moi koledzy robili to samo. Był to jakiś sposób, żeby wyjść z szarości, która się usilnie narzucała. Wszyscy — z urzędu — mieli się tak samo ubierać, tak samo zachowywać, tak samo marzyć, mieć zaprogramowane kariery…

JF: Jazz też był wtedy prowokacją. Czy pamiętasz swój pierwszy koncert, pierwszą rozkołysaną fascynację? Czy to było tak, jak u wielu z nas: Willis Conover i „Głos Ameryki”?

RO: W sumie tak. Chociaż istotne stało się kino. Takie filmy jak „Niewinni czarodzieje”. Ja wtedy jeszcze na prowincji, może już w liceum, a może nie, oglądałem ten inny świat. Te filmy gloryfikowały małe, hermetyczne środowisko i nam to się kojarzyło z jakimś „flambojażem”, z błyskiem i ze swobodą. Z tym, że nie musiało się wstawać o 7 rano do roboty i jechać jakimś tramwajem, tylko o siódmej właśnie kończyło się koncert, wychodziło i wędrowało wężykiem po ulicy, dopijając resztki wódki.

JF: Kto pierwszy otworzył ci drzwi, żebyś mógł w nie wejść, przyjść do jazzu nie tylko jako fan, ale jako członek rodziny?

RO: Zaczęło się od Byrczka. Wcześniej, mimo że tkwiłem w środowisku studenckim, nie miałem otwarcia na wszystko. Jak mnie nie wpuszczano na jakieś ekskluzywne przyjęcie — to właziłem, jak mnie nie wpuszczano — no to trudno. Pętałem się na marginesach życia towarzyskiego Morgensterna, Frykowskiego, czy innych ludzi, którzy brylowali wtedy w Warszawie. Przez znajome dziewczyny znałem Cybulskiego. Znałem… no, byłem dumny, że mogę powiedzieć „cześć, Zbyszek”.

Dorastałem do tego wiele lat, a Byrczek otworzył mi drzwi, żeby być na równi z nimi. To znaczy, żeby na przykład podczas koncertu w Sali Kongresowej pić wódkę z Mercerem Ellingtonem. Na Zachodzie nie mogę tego zrobić, to jest wykluczone. A w Polsce — bardzo proszę!

JF: Byłeś już kimś. Autorem surrealnego odjazdu, plakatów do Jamboree, okładek JAZZ FORUM. Okruchy poezji utopiłeś w szarych komórkach, miałeś mnóstwo pomysłów. Skąd się je ma? Z głowy, czyli z niczego?

RO: Jakby od początku miałem takie właśnie spojrzenie. Przypuszczam, że jestem samorodnym surrealistą. Wtedy zupełnie nie interesowałem się ani Magritte’em, ani Paulem Delavaux, ani Duchampem, ani Maxem Ernstem, pewnie nawet nie wiedziałem, kim są ci ludzie… Wszystko wypływało z obserwacji naszej rzeczywistości. która była szalenie surrealistyczna.

JF: Co teraz robisz?

RO: Ciągle gdzieś tam idę. Zacząłem tę swoją podróż wyjeżdżając z Kielc w roku 1960 i ciągle wędruję — od zawodu do zawodu, z miejsca na miejsce.

JF: Musisz tak pędzić? Czy gna cię jakiś potężny niepokój?

RO: Na pewno niepokój. A z drugiej strony potworny strach przed rutyną. Przed tym, że będę żył wiedząc co się stanie za miesiąc,
za dwa. Nie wytrzymałbym tego psychicznie, po prostu popełniłbym samobójstwo. Dopóki tkwi we mnie niewiadoma, jest OK. Miałem sporo propozycji, żeby na przykład zostać dyrektorem kreatywnym w bardzo dobrej agencji reklamowej w Nowym Jorku. ze świetną pensją 200 tysięcy dolarów rocznie. Ale ja nie mogłem sobie wyobrazić, że przychodzę tam codziennie rano i bezustannie robię to samo.

Miałem ofertę, o co się w Ameryce wszyscy zabijają, żeby zostać na stałe na uczelni. I chociaż wiążą się z tym wszelkie benefity, w tym 6 miesięcy urlopu, nie mogłem zobaczyć siebie trzy dni w tygodniu podczas regularnych zajęć, narad, obrad, po prostu nie potrafię tak pracować.

JF: Mówi się, że do sukcesów zaprowadziła cię determinacja wolności i twoja wyobraźnia. Żyjesz z wymyślania intelektualnych rebusów, które cię bawią. W twoich obrazach pióro łabędzia łypie wielkim okiem, a Nowy Jork fruwa balonem, ciągnąc za sobą kulę ziemską. Czy chcesz zaskoczyć, zaszokować widza, a może po prostu kupić go tym?

RO: Wyrobiłem sobie opinię tzw. artysty konceptualnego, który rozwiązuje problemy wizualne. Jest to niezwykle męczące, ponieważ sprowadza się do tego, że dyrektorzy artystyczni pism, magazynów, dzwonią do mnie, kiedy nie mają pomysłów i ja za darmo wykonuję ich robotę…

A poważnie — na czym to wszystko polega? Nie chodzi o sztuczne wymyślanie kombinacji różnych przedmiotów. To jest nauka innego języka, języka wizualnego. Uczy się go zupełnie tak jak języka obcego. A przy okazji masz zabawę. Sam bawię się nowopowstającymi wartościami, konfiguracjami.

JF: Zabawa to dobry temat, Może jesteś w środku małym chłopcem?

RO: Nie.

JF: A jednak podejrzewam, że odrabiasz pewne zaległości z dzieciństwa. Bo przy tym wszystkim co jest powinnością dorosłego mężczyzny (te sześć osób na utrzymaniu, te 20-30 tysięcy wydatków miesięcznie), cała reszta to gra i zabawa. Może to szczęście, że możesz się bawić!

RO: To jest mój największy rzeczywisty sukces. Często nadużywamy pojęcia, a ja nim także się bawię. Robię to celowo i ciągle nie wiem, co dalej z tego wyniknie. Sukcesem jest to, że każdy następny dzień witam z ciekawością dziecka: co się przydarzy, jak? I to jest fajne. Jedyny sukces jaki mam, to jest to.

JF: No a nagrody? Zdobyłeś blisko setkę nagród w najbardziej prestiżowych okolicznościach, m.in. „Oscara plakatu” — Prix Savignac w Paryżu w 1994 roku. Najzabawniejsza, z dzisiejszej perspektywy, była niewątpliwie nagroda za dzieło na stulecie urodzin Lenina. Czy to się robiło dla chleba, czy dla jaj?

RO: Pieniądze były istotne. Ja wtedy miałem stypendium 600 zł, a po studiach pierwsza pensja wynosiła 900. No a jak dostajesz 15 tysięcy — można zaszaleć!

JF: Przegrałeś wszystko w pokera?

RO: Regularnie przegrywałem stypendia. Kiedy stawiasz 600 zł — przegrywasz. Aż tu nagle masz 15 tysięcy, a koledzy nie mają. No i wygrywasz. W tym momencie zrozumiałem jak istotny jest kapitał. Tak, Lenin nauczył mnie kapitalizmu.

JF: Lenin i jazz — niezłe uniwersytety. Sam byleś architektem swego sukcesu, ale też udało ci się, bo znalazłeś własną ścieżkę. Jazz to była twoja przepustka do wszystkiego.

RO: Na pewno tak, Jazz jest filozofią życiową, a nie tylko muzyką. Ta muzyka z założenia jest improwizacją, takim luzem, rozkręcaniem śrubek w sobie… żeby się poczuć jak po paru kieliszkach martini, niekoniecznie z użyciem trunku. W przełożeniu na moją pracę — może nie dosłownie w technice, którą operuję, ale w tym co robię — jest tak samo. Improwizuję na temat moich jakiś tam kiczowatych wspomnień z literatury XIX-wiecznej, moich kiczowatych marzeń… To wszystko nagle robię i sprzedaję. Widocznie każdy ma te same kicze jako marzenia…

JF: Odpukać. Wszystko, co wymyślisz, ma powodzenie. Chłopak, pchany przez syndrom prowincji, pędzi prosto w paszczę lwa: bez angielskiego do Ameryki, bez rekomendacji do bosssów wielkich tytułów prasowych. Wygrywasz, bo nie wiesz jak grać, bo uderzasz od razu wysoko.

RO: Dokładnie tak.

JF: Zawsze przypominasz, że naprawdę wielkie nazwisko polskie we współczesnej sztuce światowej ma tylko Magdalena Abakanowicz. Potem długo, długo nikt. A w jazzie? Czy my w Warszawach i Krakowach mamy optykę prowincji widząc te same sukcesy naszych muzyków za oceanem? Niech padną nazwiska, proszę.

RO: To, że Michał i Ula zostali zaakceptowani – to ogromne osiągnięcie. Jeszcze Makowicz. Ale to nie są wielkie gwiazdy. Są akceptowani jak wszyscy inni muzycy tej klasy. Mają te same problemy: czy zaprosi ich ten czy inny klub na taki czy inny koncert… Ale to nie jest tak, że mają pełne sezony koncertowe i miejsce na górze uklepane do końca życia. Zresztą wszystko zależy jak na to patrzysz. Sukces to kwestia kryteriów.

JF: Michał mówił mi zawsze: wiesz – to jest sukces, że w magazynach muzycznych mam półki ze swoim nazwiskiem.

RO: Tak to było. ale już nie jest. To właśnie Ameryka. Musisz cały czas o sobie przypominać. Największa gwiazda, jeśli ma przerwę — sezon, dwa, trzy — nie istnieje.

JF: Czy to nie jest okrutne, czy to jest sprawiedliwe?

RO: Jest okrutne. I oczywiście jest sprawiedliwe. Takie są reguły gry. Przy grze w karty także stosujesz określone reguły. Jeśli nie potrafisz nie graj, po prostu nie graj.

JF: W Polsce jeszcze hołubimy artystów, nawet jeśli milczą. Legenda może zastąpić sukces. Już siedziałbyś sobie w fotelu bujanym i do końca byłbyś wielki. W Ameryce musisz być w stałej gotowości, jak w cyrku tenisowym — to zresztą twoje określenie.

RO: W Ameryce na pewnym poziomie także istnieją tzw. celebrities. Są to panowie, którzy już nic nie muszą robić, mają 90 lat, palą cygara i pokazuje się ich, że jeszcze istnieją, jak Bob Hope. Ale najważniejsze: musisz mieć nazwisko na dziś. Codziennie na dziś. Cały czas zapieprzasz na czubkach palców, występujesz z nowymi pomysłami, inicjatywami… Nie łudźmy się, nigdy nie jest się wiecznie najlepszym. Dookoła widzę całą grupę 50-100 osób, dołączają młodzi, niesamowicie utalentowani…

JF: Wiesz coś o tym jako pedagog słynnej School of Visual Arts. Porozmawiajmy o twojej pracy pedagogicznej.

RO: To jest coś, co odkryłem dopiero niedawno. jedna z najbardziej wzruszających spraw. Uczę, wykładam. W ciągu dwóch lat zostałem zaproszony na cztery konferencje graficzne w Stanach Zjednoczonych, gdzie byłem spikerem. To znaczy 500 osób słuchało, a ja pokazywałem swoje slajdy i mówiłem o sobie. Niesamowite, że ludzi to interesuje, kilka razy miałem standing ovation… W Polsce nie ma takiego obyczaju. Istnieją tylko grupy środowiskowe, ale nie ma tak, że na przykład studenci i designerzy z Kalifornii zjeżdżają się na sympozjum — konferencję z udziałem kilku spikerów. Wygląda to poważnie. Oczywiście opowiadam im także dowcipy. Tego też musiałem się nauczyć — obycia z publicznością, z kamerą. Wcześniej byłem szalenie nieśmiały. Teraz muszę stanąć przed klasą, czy takim dużym audytorium, być dowcipny, wzruszający, nie zanudzić ich przez godzinę czy dwie. Odkryłem, że to też jest sztuka. I miłe zajęcie. Dostaję potem listy: jakiś student urządza w Londynie odczyt na mój temat i sporządza jakąś wystawę, prawie ołtarzyk… To jest wzruszające: człowiek dowiaduje się, że nie działa w próżni. Z drugiej strony jest ostrzegawcze: być może ja robię się jakąś konserwą…

JF: Jakiej muzyki teraz słuchasz?

RO: Dużo pracuję. w związku z tym spędzam czas głównie na siedzeniu i bezustannie mam puszczoną muzykę. Naprawdę różną. Mam takie okresy, że słucham na okrągło starych standardów jazzowych Cole Portera w wykonaniu Billie Holiday czy duetów Armstronga. Taki klasyczny, luzujący jam, który przez swój awangardyzm nie zmusza cię do żadnego wysiłku czy stresu. Dokładnie terapeutyczny. Ten jazz bardzo lubię. Zacząłem lubić operę, muzykę klasyczną. Poza tym taką muzykę, jaką Polacy lubią: poezję śpiewaną, którą tutaj wprowadzili Francuzi: Jacques Brel, Aznavour, Becaud, a co w Ameryce miałoby odpowiednik w twórczości, powiedzmy Joan Baez, Boba Dylana, Cohena czy mojej ulubionej Judy Collins, która ma cudowny, kojący głos i bardzo dobre teksty, jakie często sama pisze.

JF: To mile, że pozostajesz w kręgu jazzu. A czy wiesz co porabia teraz Jan Byrczek?

RO: Mieszka w Nowym Jorku, realizuje swoje idee, prowadzi dokumentacje, katalogi, biuletyny jazzowe i całe to archiwum jazzu światowego wprowadza do Internetu. Tworzy właśnie Jazz World Society. Myślę, że ma to wszelkie szanse powodzenia. Byrczek, jak zawsze imponujący, twórczy, prawdopodobnie nigdy nie będzie na emeryturze. Dopiero kiedy tutaj się znalazłem, zrozumiałem. że on wyjechał do ojczyzny jazzu robić pieniądze. chociaż tu na jazzie nie robi się pieniędzy… To niesamowite.

JF: Pieniądze. W Polsce się nie mówi o prywatnych pieniądzach. Ale jesteśmy w Ameryce. IIe zarabiasz? Na co to wystarcza?

RO: To jest mało i dużo. Mógłbym powiedzieć, że plasuję się na poziomie middle Class. Ale w Nowym Jorku to nie jest prawda. to drogie miasto z drogim życiem. Gdybym miał te pieniądze żyjąc na Florydzie. byłbym dość bogatym człowiekiem, miałbym dom z basenem i ciepło… Tylko, że mnie Nowy Jork jest potrzebny do życia. Energii tego miasta jakby stale używam.

JF: I potrafisz wyobrazić sobie Nowy Jork w 2000 roku? Czy w ogóle myślisz o końcu wieku?

RO: Myślę, że to jest niezwykle istotna data. Nie tylko dlatego. że to już dwa tysiące lat. Przecież stało się coś niesamowitego w informatyce i — moim zdaniem — nasze pokolenie nawet nie potrafi wyobrazić sobie, czego by się mogło dowiedzieć w XXI wieku. Z jednej strony tak myślę, a z drugiej: chciałbym jeszcze trochę liznąć tego życia. Nie jako uczestnik, ale jako obserwator. bo ja już z pewnością nie będę operował tymi dobrodziejstwami. Nie korzystam z komputera, nie korzystam z niczego — dla mnie ważniejsze są pomysły. niż to że się je szybciej wykona. Ale… wracając do XXI wieku. Chciałbym doczekać takich możliwości, żebym mógł sam, przy pomocy 2‑3 facetów, zrobić swój własny film bez góry pieniędzy.

JF: Tymczasem piszesz wiersze. Czy dlatego, żeby się znowu sprawdzić, czy szukasz nowego rodzaju ekspresji?

RO: Nie, piszę głównie wtedy kiedy się zakochuję. Wiersze miłosne, nawet nie erotyki, bo mnie specjalnie mnie bawi opisywanie aktów aktu.

JF: Kolejne blondynki, brunetki — kolejne inspiracje. No, to się pewnie uzbiera 10-tki wierszy do dziewczyn, do kochanek…

RO: Do żon. Do żony… ostatniej, powiedzmy i to. Lepiej być zakochanym gdy się pisze poezję miłosną. Piszę też opowiadania, można to nazwać prozą poetycką. To takie surrealistyczne tematy. Gotowe są cztery, ale żeby wydać książkę, chciałbym mieć 10 czy 15 opowiadań. Kiedyś na pewno zilustruję to sam i złożę w książkę.

JF: A wystawa? Czy przywieziesz kiedyś swoje prace do Polski?

RO: Przede wszystkim musiałbym być zaproszony… Dalej — jeżeli wystawa, to do sprzedania, a jeśli tak, to za jakie pieniądze? Nie mogę zmieniać cen z powodów sentymentalnych, bo obraziłaby się moja galeria Nahan, która pracuje, żeby podciągnąć cały mój rynek na świecie. Natomiast gdyby nie decydowały względy finansowe, tylko prestiżowe czy emocjonalne, to…

JF: …to dałbvś obraz do muzeum w Kielcach.

RO: Dokładnie tak, z tym że oni nie przyjmą.

JF: Jak to?

RO: Jestem z Kielc. W Polsce, żeby pracować jako plastyk, byłem przypisany do ziemi. Po architekturze: won do Kielc! Chcesz, nie chcesz — Warszawa była miejscem zamkniętym, nie meldowali, a bez meldunku nie dawali pracy. Czysty feudalizm. No i pogwałcenie podstawowych wartości człowieka, prawa do życia tam, gdzie się chce. Na marginesie, czy wiesz jak się w końcu zameldowałem w Warszawie? Odgrzebałem Kartę Praw Człowieka o której mało kto wtedy w Polsce wiedział i wymusiłem na tej podstawie obywatelstwo warszawskie. Zanim to nastąpiło, musiałem się w Kielcach starać o członkostwo Związku Polskich Artystów Plastyków. Złożyłem podanie. Miałem już wtedy parę plakatów, wygrane konkursy, już pracowałem w JAZZ FORUM. No i w oddziale kieleckim ZPAP w gronie 39 członków 38 głosowało przeciwko mnie. Według nich nie nadawałem się do zawodu plastyka… Dopiero dwa lata póżniej Warszawie przyjęto mnie większością głosów. Więcej czuję się warszawiakiem niż kielczaninem.

JF: Coraz częściej zaglądasz do Polski. Bezinteresownie życzliwi nie bez satysfakcji mówią: częściej w Polsce, bo gorzej w Ameryce…

RO: Na szczęście tej satysfakcji nie mogę dać nikomu. Odpukać. Wpadam, bo mam tu siostrę, mamę. Z siostrą zacząłem nawet jakieś interesy biznesowe.

JF: Rozwijasz się. Przy następnym spotkaniu dowiem się pewnie, że uczysz się gry na jakimś instrumencie.

RO: Tego nie zrobię, za bardzo lubię muzykę.