Rocznica śmierci Jarka Śmietany.

Opracowanie: Andrzej Rumianowski, tekst: Wacław Kurpiński.

J Śmietana fot Rumianowski Śmietana fot Rumianowski Śmietana rys Rumianowska

Właśnie mija rok jak wśród nas nie ma Jarka Śmietany. 2 września 2013 roku odszedł wielki gitarzysta, pozostawiając po sobie wspomnienia brzmiące wspaniałą muzyką: bluesem, rockem, jazzem i... muzyką symfoniczną. „Jarek zaczynał w latach 60, jak wielu z jego pokolenia słuchając: Shadowsów, Venturesów, Beatelsów, Rolling Stonesów... Później był progresywny blues spod znaku B.B. Kinga, Muddy`ego Watersa, Johna Mayalla, Jimi Hendrix, wreszcie jazz. Gdy w 1970 roku usłyszał płytę „Bitches Brew" Milesa Davisa, rozstrzygnęła o wszystkim. Czyż mógł przewidzieć, że dekadę później, podczas pobytu w Nowym Jorku (spędzili z Extra Ballem w USA pięć miesięcy, dając 70 występów w klubach 29 stanów) spędzi u genialnego trębacza niemal cztery godziny, że puści mu nagranie Extra Ballu i usłyszy: „Hey men, you sound great”. - To punkt zwrotny w moim myśleniu o muzyce. To Miles utwierdził mnie w przekonaniu, że bez względu na krytykę i opinie ludzi (...) należy tworzyć własną muzykę. I robić to, o czym jest się przekonanym, że jest dobre. (...) To była najważniejsza nauka z tego spotkania - że trzeba być uczciwym wobec siebie, nawet jeśli się popełnia błędy - wyznał mi Jarek podczas jednej z wielu rozmów. Szedł swoją drogą od początku - od założonego w 1974 roku Extra Ballu, który jazz-rockowym brzmieniem szybko zawojował słuchaczy (sprzedano 150 tys. pierwszego longplaya grupy - „Birthday"), poprzez zespoły Sun Ship i Sounds, po dziesiątki autorskich projektów i płyt, którymi dowodził skali talentu jako gitarzysta, kompozytor, aranżer. Ambitny, kompetentny, pozbawiony kompleksów – ukończył Wydział Jazzu i Muzyki Rozrywkowej katowickiej Akademii Muzycznej, znał dobrze angielski - ochoczo zabiegał, by grać z najlepszymi, nie tylko z Polski. Wśród tych, z którymi spotkał się w studiach nagrań i salach koncertowych byli: Art Farmer, Freddie Hubbard, Eddie Henderson, Gary Bartz, John Scofield, Vince Mendoza, John Abercrombie, Idris Muhammad, Lee Konitz, Bennie Maupin... Od roku 2002 stale współpracował ze skrzypkiem Nigelem Kennedym. To dla niego napisał „Suitę jesienną" na dwóch solistów, kwartet jazzowy i kwintet dęty. Wspaniale przyjęta podczas premiery w czasie Zaduszek Jazzowych w Krakowie została nagrana przez m.in. Hendersona, Maupina i oczywiście wspomnianego skrzypka. To dzięki niemu stawał Jarek na scenach dla jazzmana niedostępnych - Royal Albert Hall czy La Scali, o czym mówił z satysfakcją. Z dumą potem opowiadał, jak od żony Arta Farmera, z którym współpracował przez trzy lata i nagrał płyty „Art Farmer plays standards” oraz „Songs and other ballads", już po śmierci tego wybitnego trębacza dowiedział się, że te dwie płyty (druga zaaranżowana przez Wojciecha Karolaka, nagrodzona „Fryderykiem”) były dla Amerykanina najważniejsze z tych, jakie nagrał w Europie. - Byłem wniebowzięty – nie krył Jarek. Muzyka była sensem jego życia, ogromnie twórczego i pracowitego. Potwierdza to 40 lat pracy, kiedy to nagrał 45 autorskich płyt, na ponad 50 wystąpił jako gość lub sideman. Bywało, że wydawał dwie płyty w roku. - Płyta dla muzyka jest tym samym, czym książka dla pisarza - on nie może istnieć tylko dzięki odczytom. Choćbym grał nie wiem ile koncertów, to one przeminą. I dlatego dawno założyłem, że będę wydawał jedną płytę w roku. Szczęśliwie udaje mi się ten limit nawet przekraczać – mówił mi w roku 2004. W tymże roku nagrał płytę „A story of polish jazz”, na której raperzy z Nowej Huty wykonują 9-minutowy, autorski utwór Śmietany, opisujący dzieje nadwiślańskiego jazzu (choć sama płyta znacznie wykracza poza główny nurt jazzu). Ujął w nim Jarek w rymy zdarzenia, zjawiska i ludzi, wpisując i Extra Ball. W nagraniu wzięli udział m.in.: Duduś-Matuszkiewicz, Karolak, Majewski (Henryk), Ptaszyn-Wróblewski, Namysłowski, Stańko, Urbaniak, Szukalski, Muniak, Miśkiewicz, zatem muzycy, którzy w Polsce odcisnęli na tej muzyce, podobnie jak krakowski gitarzysta, piętno największe. Jarek czuł się jazzmanem, ale nie bał się czerpać, z rocka, bluesa, współpracować z raperami, zajmować się piosenkami (Beacie Rybotyckiej zaaranżował płytę „Szurum burum”), stworzyć muzykę baletową „Światy równoległe”, którą wykorzystała Opera Krakowska czy z myślą o krakowiance Dorocie Imiełowskiej pisać koncert wiolonczelowy. Chciał, by jego muzyka była komunikatywna, stąd lubił posługiwać się terminem easy listening jazz, jazz do łatwego słuchania. Potwierdzały to nie tylko takie płyty, jak nagrana z Wojciechem Karolakiem „Polish standards", zawierająca polskie piosenki-evergreeny, czy wspomniana „Vis-a-vis". Myślał też o nagraniu krążka z kompozycjami skalda - Andrzeja Zielińskiego, którego „Skowronki” tak pięknie śpiewały, dzięki Jarka na gitarze... - Nigdy nie byłem zakutym łbem, zatwardziałym jazzowym ortodoksą, tylko patrzyłem na muzykę szeroko. Dla mnie muzyka dzieli się tylko na dobrą i złą – mówił. - Skoro, czego jestem już pewien, muzyk powinien grać swoją muzykę, to moją jest właśnie konglomerat jazzu, muzyki klasycznej, rocka, bluesa. Bo wszystkie te elementy mnie inspirowały. Nie mogę więc być epigonem nawet najpiękniejszej muzyki jazzowej, jakiej sam słucham najchętniej – kwintetu Davisa albo kwartetu Coltrane`a z lat 60. Ja również uwielbiam Mozarta, Ravela, Strawińskiego, i lubię posłuchać dobrego popu, amerykańskiej muzyki spod znaku Tamla Motown, i Beatlesów... Przeżyłem wielokrotnie wielkie fascynacje na koncercie muzyki poważnej i na rockowym koncercie też - wyznawał. Dowodem był i koncert w marcu 2011 roku - z okazji 60. urodzin gitarzysty i 40-lecia jego działalności artystycznej – kiedy to muzycy z Jarkiem na czele dali rockowego czadu w „Purple Rain” Prince'a i przywołali przebój Animalsów „I`m crying”. Jego muzyka – i ta autorska, i ta, po którą sięgał - zawsze była pogodna, radosna. Pewnie dlatego, gdy w krakowskim szpitalu próbował tworzyć, efekt go nie zadowolił. Jak mi powiedział, pojawiające się pomysły nie były warte, by je zachować. - Ja, żeby coś napisać potrzebuję stanu może nie euforii, ale pozytywnych wibracji. Choroba i szpital temu nie sprzyjają – wyznał. - Jestem optymistą, w muzyce również... „Życiowy i twórczy dynamizm, silna osobowość, szacunek, jaki budzi, i zdolności organizacyjne sprzyjają realizacji ambitnych planów i coraz to nowym kreacjom" - pisał o Jarku Robert Buczek w „Krakowskim przewodniku jazzowym". Aktywność i talent muzyka przekładały się i na zajmowane przez całe lata 1. miejsce w plebiscycie magazynu „Jazz Forum”, które czyniło Jarka najlepszym polskim gitarzystą i na nagrody, jak jazzowy Oscar, wręczany przez Stowarzyszenie Jazzowe "Melomani", jak Medal Zasłużony Kulturze „Gloria Artis”, czy przyznany przez krakowską filię Fundacji Kultury Polskiej Złoty Laur za Mistrzostwo w Sztuce. Pośmiertnie uhonorowano jeszcze muzyka Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski „za wybitne zasługi dla kultury polskiej, za osiągnięcia w działalności artystycznej".”
12 września 2014 w Filharmonii Krakowskiej i 7 listopada 2014 w Filharmonii Opolskiej wystawa Muzeum Jazzu „A story of Polish Jazz” Andrzeja Rumianowskiego i Julii Rumianowskiej towarzyszyła wykonaniom „Suity wiosennej” na kwintet jazzowy i orkiestrę pod dyrekcją Wiesława Pieregorólki.