KOMEDA

 

Komeda_-_plakat

Marek_Karewicz_wsrod_swoich_zdjec._Przed_wernisazem._-_f

Fragment_gabloty_z_pamiatkami_po_Krzysztofie_Komedzie._-

W Galerii Kordegarda, na warszawskim Krakowskim Przedmieściu, do 22 kwietnia można oglądać wystawę fotograficzną KOMEDA Marka Karewicza. Niedługo, bo 23 kwietnia minie 45 lat od śmierci Krzysztofa Komedy, a 27 kwietnia 83 lata od jego urodzin. Poniżej, obok zdjęć z wernisażu tej wystawy, prezentujemy garść archiwalnych wypowiedzi – Jego, o Nim i o Jego Muzyce.

O POCZĄTKACH

Fragment rozmowy z Krzysztofem Komedą przeprowadzonej w 1967 r przez Magdalenę Konopkę dla Programu Zagranicznego Polskiego Radia

red : Jak pan wszedł do środowiska jazzowego?

odp.: Po prostu interesowałem się, w ogóle uczyłem się muzyki tzw. poważnej, potem w czasie gdy kończyłem gimnazjum zacząłem się interesować muzyką taneczną, z kolei w czasie studiów zcząłem grać już muzykę jazzową zupełnie sam bez żadnych powiązań, powiedzmy – jedyną szkołą to było radio. No i później kontakty z powstającymi środowiskami jazzowymi w Krakowie, to był Matuszkiewicz, Trzaskowski, itd., w Łodzi Sobociński. To były lata mniej więcej 49 – 51, 52. Wtedy wszyscy jazzmani grali jazz tradycyjny, lepiej czy gorzej, ale grali, np. zespół „Melomanów” grał i tradycyjny jazz (i) tzw. wtedy be-bop, który był właściwie początkiem jazzu nowoczesnego, z tym, że właściwie gdy wystartowałem ze swoim zespołem na pierwszym Festiwalu w Sopocie był to już jazz nowoczesny wyłącznie.

red.: A przecież inni grali jeszcze jazz tradycyjny?

odp.: Mnie widocznie to najbardziej interesowało, odpowiadało i wiedziałem, że to jest jedyny kierunek dla mnie, jakoś najbardziej się mogę w tym wypowiedzieć, było to najbardziej frapujące.

(…)

red.: Jak zatem doszło do pamiętnego występu podczas I Festiwalu Jazzowego w Sopocie?

odp.: Ja studiowałem w Poznaniu, pracowałem w szpitalu po studiach w Poznaniu i tam próbowałem dobrać sobie grono ludzi, z którymi mógłbym pracować. Był to Jerzy Milian – pianista wówczas i Jan Wróblewski – również pianista. Ponieważ wtedy było niezmiernie trudno w ogóle o muzyków o tej orientacji jazzowej i o możliwościach improwizacji, więc sobie postanowiliśmy, że Milian przestawi się z fortepianu na wibrafon, a Wróblewski z fortepianu na saksofon barytonowy i w ten sposób się jakoś kombinowało. (1)

Jan „Ptaszyn” Wróblewski : Siedzieliśmy całymi nocami i ściągaliśmy repertuar z radia. Nie było przecież magnetofonów ani płyt. Najczęściej siadalismy we dwójkę z Krzysztofem przy radiu i mieliśmy ustalone metody pracy: ty spisujesz pierwszy i drugi takt, ja trzeci i czwarty, ty piąty i szósty, i tak dalej. Wszystko robiliśmy po omacku. (2)

… i Jan Zylber: Przyszedl do mnie „Ptaszyn” i powiedział: wpadnij jutro na próbę, Krzyś chce byś u niego grał… I tak się zaczęło. Próby trwały dzień w dzień do bialego rana, choć wszystko było wciąż źle i źle. Nie wiem skąd Krzysztof czerpał cierpliwość, by powtarzać z nami jedną frazę sto i więcej razy. Fakt, że to robił. Może to jego uśmiech sprawiał, że po czterech godzinach próbowania w kółko sygnaturki, której obłąkana tonacja supłała melodykom palce, potrafiliśmy ją grać ciągle „przedostatni raz” z tym samym zapałem jak na początku. Wystarczyło, że Krzyś nam zaufał, że nas wybrał, że nam poświęca każdą wolną chwilę. Ćwicząc w nocy łączył pracę w szpitalu z bieganiem po mieście, załatwiając dziesiątki rzeczy dla zespołu, wynajdując sale na próby, czy instrumenty dla nas. (1)


Marek_Karewicz_Wlodek_Pawlik_.._i_Krzysztof_Komeda_-_fotKomede_wspominaja_M._Karewicz_K._Sadowski_T._Stanko_U._D

SOPOT 1956

Opis występu sekstetu Komedy podczas I Festiwalu w Sopocie wg Jacka Wróblewskiego:

(Roman Waschko -przyp. AM) Wszedł na scenę i powiódł wzrokiem po publiczności. Zorientowawszy się jakiego kalibru ludzi ma przed sobą, odczekał aż wszyscy umilkną, a potem zaczął cicho mówić.

– Proszę państwa. To co za chwilę usłyszycie, to muzyka trudna i ambitna. Przeznaczona jest wyłącznie dla koneserów, więc prosimy państwa o wyrozumiałość.

– To szczwany lis – powiedział Zylber z uznaniem.

Wiadomo było, że każdy z obecnych uważa się za konesera i nikt nie śmie wykazać się brakiem obycia. Za takie zaś po mowie Waschki uchodzić mogły gwizdy, wychodzenie z sali oraz brak aplauzu.

– Przed państwem sekstet Krzysztofa KOMEDY Trzcińskiego.

Nieubłaganie zbliżał się przełomowy moment polskiego jazzu. Komeda policzył do trzech i zaczął się występ pierwszego w kraju wyłącznie modern jazzowego zespołu. Atmosfera z minuty na minutę stawała się coraz gorętsza. Czegoś podobnego jeszcze nikt nie słyszał. Żadnego grania do tańca. Żadnego efekciarstwa. Muzycy na scenie zachowywali się niczym członkowie konduktu pogrzebowego, czyli nikt nie podskakiwał, nie robił głupich min, nie machał rękami. Wszyscy skoncentrowani byli tylko na muzyce. I publiczność uległa. Po raz pierwszy jazzowego koncertu wyłącznie słuchano. W napięciu, z namaszczeniem. Na sopocką scenę spłynął duch Nowego Jorku i zaoceaniczny klimat. Muzyka kojarzona z buntem, rozrywką i murzyńskimi zabawami w tej właśnie chwili przerodziła się nad Bałtykiem w sztukę. Huknęły oklaski. Na samo zakończenie zespół zagrał “Memory of Bach”. Publiczność oniemiała. (3)


Wlodek_Pawlik_gra_Komede-_fot._A._Mikulski

O PŁYCIE “ASTIGMATIC” – uznawanej za najważniejszy album polskiego jazzu.

Krzysztof Komeda: Mam pełną satysfakcję z tego nagrania, mimo że dokonywało się w warunkach bez precedensu. Było to w okresie Jazz Jamboree 1965: po koncertach festiwalowych pędziliśmy – ze Stańką i “porwanymi” przeze mnie z grupy Mangelsdorffa Gunterem Lenzem i Rune Carlssonem do studia “Polskich Nagrań”, by zapisać się na mikrorowkach bez jakiejkolwiek próby! Gdy się słucha tej płyty – można zacząć wierzyć w cuda, daję słowo. (4)

(R. Carlsson był członkiem zespołu Komedy, mimo iż wypowiedź sugeruje co innego- przyp. AM)

Zofia Komeda-Trzcińska: Ludzie myśleli, że tytuł Astigmatic wziął się od rzekomego astygmatyzmu Krzysia, a przecież on miał dobry wzrok, tylko jako lekarz za młodo wygladał I pacjenci nie chcieli, żeby jakiś student im migdałki wycinał, a wtedy matka mu doradziła, że w okularach będzie poważniej wyglądał. (5)


Simple_Acoustic_Trio_KOMEDA_-_Gowi_1995 T._Stanko_-_LITANIA_Music_of_Krzysztof_Komeda_-_ECM_1997 Leszek_Mozdzer_KOMEDA_ACT_2011

O MUZYCE KOMEDY

Zygmunt Kałużyński: Istotnym rysem osobowości Komedy jest rzadka i w jazzie unikalna umiejętność kształtowania potężnej, ewolującej dramaturgii, czegoś, co jest zaprzeczeniem jazzu. Jazz ma zupełnie inny stosunek do czasu. Rzadko kiedy słuchając go, słuchamy formy. Skupiamy uwagę na małych odcinkach, w których “coś sie dzieje”. Resztę eliminujemy. Żeby wyobrazić sobie, jaka jest ta muzyka, nie musimy słuchać całości. Nie trzeba siedzieć w klubie cały wieczór ani słuchać płyty do końca, by wiedzieć, jak kto gra. (…) U Komedy jest inaczej. Pokusił się on o budowanie utworów na sposób powieściowy, tak jak w klasycznym dramacie: z ekspozycją, kulminacją i rozwiązaniem. Robi to przekonująco. Jego formy mają szeroki oddech. Półgodzinny Svantetic ma w sobie dynamit beethovenowskiej ekspresji i jest prosty jak most. (6)

Jan “Ptaszyn” Wróblewski: Wszyscy współpracownicy Komedy zawsze się zgadzali, że Krzysztof w niczym nie ograniczał swobody ich solistycznych wypowiedzi. A jednak stanowiły one zwartą całość z całością formy należącej do autora bezwzględnie.(…) Ja sam widziałem te bardziej skomplikowane utwory jak budowę z klocków lego. Obszerną formę opartą o kilka lapidarnych wręcz mini motywów. Można je rozsypać i ułożyć w innym porządku, nawet dorzucić własne klocki. Powstanie zupelnie inny obraz, w którym Komeda i tak się przebije. (7)

Rozmowa Marka Gaszyńskiego z Tomaszem Stańko:

– Miałeś jakiegoś mistrza, przewodnika, guru ?

– Moim muzycznym mistrzem i guru jest do dziś Miles Davis i choć żył on w ubiegłym wieku, to na pewno siłą swej muzyki swym talentem, a także dziełami, które po nim pozostały należy także do XXI wieku. A w Polsce takim leaderem był dla mnie Komeda, choć grałem w jego zespole jak równy z równym. W sztuce jest gradacja, stopniowanie i każdy powinien znać swoje miejsce. Takie układy były między mną a Komedą. Obaj kochaliśmy tradycję, a jednocześnie chcieliśmy iść w duchu nowoczesności. On był wielkim twórcą, tworzył wspaniałe melodie, i żeby te ładne melodie nie wpadały w kicz, trzeba je było grać „brudnym”, szorstkim tonem, moim tonem. Komeda był po prostu wielki, jako aranżer, kompozytor i jako pianista. Był doskonałym pianistą. Jak pamiętam, używał błyskotliwej pianistycznej techniki, jak Monk, wszystko mistrzowsko konstruował.

– Jak to było, jak znalazłeś się w zespole Komedy?

– Rekomendował mnie Michał Urbaniak, z którym wcześniej grałem. Komeda miał program na kwintet, ale nie przyjechał Alan Botchinsky, więc Krzysiek szukał trębacza. Ja byłem pod wielkim wrażeniem jego muzyki do filmu „Nóż w wodzie”, gdzie wspaniale grali: na basie Gucio Dyląg, a na bębnach Leszek Dudziak, więc zaangażowanie mnie do tej grupy przez Komedę było dla mnie najwyższą nobilitacją. To mi bardzo przyspieszyło karierę, wtedy stałem się nagle trębaczem o dużych umiejętnościach. I razem nagraliśmy dużo muzyki do filmów ilustrowanych przez Komedę. (8)


Szyba_KORDEGARDY_-_fot._A._MikulskiO KOMEDZIE

Marek Karewicz: Nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek, nawet kiedy był solistą koncertu, kazał przestawiać fortepian w miejsce bardziej eksponowane. Grał zazwyczaj z nisko pochyloną głową, co bardzo utrudniało fotografowanie. Nigdy nie zamawiał zdjęć pozowanych. Mawiał zawsze: „Rób, stary, z koncertu. Co wyjdzie, to będzie dobre”. (1)

Wiesław Dymny: Najważniejsza w życiu Komedy była muzyka. Nie wiem, czy można mówić, że on kochał muzykę, czy uwielbiał. On był muzyką, po prostu. Nie robił nigdy tego na popis, ani na sprzedaż, tylko grał, po prostu grał, on musiał grać – był muzyką.

W Krakowie, w klubie siadał do pianina popołudniu, grał przez całą noc, wszyscy słuchaliśmy, nikt mu nie przeszkadzał w tym graniu. Rano wyjechałem do Warszawy, wróciłem wieczorem, zaszedłem do klubu – Krzysztof grał, grał bez przerwy i grał znowu całą noc, grał tak ponad 48 godzin, t.j. mniej więcej akurat tyle, ile można zatrzymać człowieka w areszcie bez samkcji karnej, mniej więcej tyle grał. (1)

Jerzy Milian: Zaskakiwał swoją bezkompromisową pasją, z jaką starał się pokonywać jedną przeszkodę po drugiej. W drodze na festiwal Sopot’56 nie oszczędzał siebie, nie oszczędzał też nikogo z nas. Maksymalista życiowy (…) Kiedy nasze drogi się rozeszły, nigdy nie odmówił mi koleżeńskiej pomocy, czy to akompaniując na Jamboree, czy to dokonując bardzo rzeczowej pod wzgledem stylu analizy moich kompozycji. (2)


Jan_Bokszczanin_KOMEDA_INSPIRATIONS_-_Fonografika_2010
Fragment rozmowy Jerzego Radlińskiego z Krzysztofem Komedą:

– Panie Krzysztofie, Pan chyba może się uważać za najszczęśliwszego jazzmana w Polsce.

(…)

– Może …Najczęściej jestem niezadowolony z tego, co zrobiłem. Stale myślę o czymś nowym, innym. A poza tym – sukces w jazzie jest rzeczą, którą trzeba zdobywać nieustannie; żadna muzyka nie robi tak kolosalnego postępu i nie strąca tak szybko swych bogów z piedestału jak jazz. Zmieniają się kryteria, zmieniają mody, zmieniają bogowie. Muzyków, którzy przez dziesięciolecia znajdują się w światowej czołówce, jest zaledwie kilku; to geniusze. Dyrygent orkiestry symfonicznej raz osiągniętą wielkość przenosi, prawie nie naruszoną przez lata; o gwałtownym spadku oceny jego sztuki nie może być mowy. A jazzman? Taki Goodman – już się nie liczy… Jak pan widzi, jazz jest grą niebezpieczną. Bezlitosną. (6)

Nie jest chyba tak źle? Prawda? (- AM)

Przygotował: Arek Mikulski

Przypisy:

1 – z maszynopisu tekstu Krzysztofa Bukowskiego przygotowanego do broszury, która miała być dołączona do czteropłytowego (LP) wydania muzyki Komedy. K. Bukowski konsultował go z Zofią Komedową i Ewą Bigus. O ile wiemy, broszura ta nie została wydana.

2 – Marek A. Karewicz, Dionizy Piątkowski – CZAS KOMEDY, Oficyna Wydawnicza G&P 2013

3 – Jacek Wróblewski „Globtrotter. Rzecz o Janie Ptaszynie Wróblewskim”, KiW 2006

4- K. Komeda “W blasku X Muzy” – “Jazz”, 1967 nr 1 ( za “Historią jazzu w Polsce” K. Brodackiego, PWM 2010)

5 – wywiad Donaty Subbotko z Zofią Komedą-Trzcińską. Gazeta Wyborcza , maj 2009

6 – Jerzy Radliński „Obywatel Jazz” – PWM 1967

7 – Jan “Ptaszyn” Wróblewski – fragment tekstu do płyty “Robert Majewski Plays Komeda”, GOWI 1995

8 – Marek Gaszyński- „Niepokonani” Oficyna Wydawnicza RYTM 2011