Leopold Tyrmand – przymusowa bezczynność, krótkotrwała poprawa, emigracja

tekst: Aleksander Jaźwiński

Tyr2dziennik-1954-o19163 Tablica_Leopold_Tyrmand_Konopnickiej_6_Warszawagorzki-smak-czekolady-lucullus-o19160 Tyrmand_300_RGB_500piks-1Siedem-dalekich-rejsow_Leopold-Tyrmand,images_big,3,978-83-7779-036-6

Dla każdego pisarza czy publicysty jedną z najgorszych rzeczy jaka może się przydarzyć jest uniemożliwienie publikowania. Wie o tym każdy reżim polityczny, który chce mieć po swojej stronie ludzi pióra. W PRLu nie było inaczej, pisarze ulegli nie musieli obawiać się o przydział papieru zaś ich książki bez przeszkód ukazywały się na rynku. W zamian musieli być dyspozycyjni wobec władzy, pisać teksty na zamówienie, najczęściej sławiące socjalizm, Partię, ZSRR, chłopów, robotników, itd. Nie każdy jednak potrafił się dopasować do pozornej idylli, ludzie bezkompromisowi i przynajmniej częściowo niezależni funkcjonowali na obrzeżach oficjalnego życia publicznego, a z czasem spychani byli coraz dalej na margines. Tak było z Leopoldem Tyrmandem, znakomitym pisarzem i publicystą.

Tyrmand wrócił do Polski w 1946 roku i mając już bogate doświadczenie w publicystyce, zaczął pracę w stworzonej przez Jerzego Borejszę Agencji Prasowo-Informacyjnej w Warszawie. Oprócz tego pisał recenzje teatralne, muzyczne i sportowe w: ,,Expresie Wieczornym", ,,Rzeczpospolitej", ,,Dziś i Jutro" i ,,Ruchu Muzycznym". Szybko wyrobił sobie renomę wśród czytelników lekkim piórem i nienagannym, ciekawym stylem. Dzięki temu niecały rok później dostał posadę w jednym z najważniejszych polskich periodyków: ,,Przekroju", który w czasach stalinizmu stanowił małą oazę dla liberalnych poglądów. Niestety największą ,,słabością” Tyrmanda była jego bezkompromisowość, która w socjaliźmie nie była mile widziana. Jeżeli dodać do tego zamiłowanie do jazzu, muzyki ,,imperialistycznej Ameryki", wygląd zewnętrzny i styl bycia przeciwstawiające się powszechnej szarzyźnie życia w PRLu, nie trudno było zgadnąć, że taka postawa musiała ściągnąć na niego kłopoty. Kroplą, która przelała czarę było jego sprawozdanie z turnieju bokserskiego, na który ekipa radziecka przywiozła własnych sędziów. Tyrmand nie szczędził ironii i sarkazmu opisując nieuczciwą przewagę Rosjan w tym spotkaniu. Jako że o ,,przyjaciołach" zza wschodniej granicy można było pisać tylko dobrze, zatem autor niefortunnego sprawozdania musiał pożegnać się ze swoją posadą w ,,Przekroju" w połowie 1950 roku, do tego usunięto go ze Związku Zawodowego Dziennikarzy Polskich, co wiązało się z utratą możliwości wykonywania zawodu.

Przed bezrobociem Tyrmanda uratował jego przyjaciel Stefan Kisielewski, który pomógł mu zdobyć posadę pracownika administracji w ,,Tygodniku Powszechnym", katolickim piśmie broniącym resztek niezależności. Na Tyrmanda nie było zapisu cenzury, zatem mógł pisać do ,,Tygodnika", mimo wykluczenia z ZZDP. Choć pismo borykało się z szykanami ze strony władz i problemami finansowymi, jeszcze przez trzy lata jego pozycja była w miarę stabilna. Krach przyszedł wraz ze śmiercią Józefa Stalina, ,,Tygodnik Powszechny" odmówił wydrukowania oficjalnego nekrologu przywódcy ZSRR w formie jakiej życzyły sobie władze. Sprawa zakończyła się odebraniem ,,Tygodnika" zespołowi redakcyjnemu. Pismo zostało przekazane Stowarzyszeniu PAX, organizacji katolickiej współpracującej z władzą, kierował nią Bolesław Piasecki. Z tymi ludźmi Leopold Tyrmand, nie chciał mieć nic wspólnego, zatem zaczął się ciężki dla niego okres przymusowego bezrobocia.

Przez niemal rok ogłupiającej bezczynności mieszkał nadal w budynku YMCA przy ul. Konopnickiej, utrzymywał się z nieregularnych prac zleconych i udzielał korepetycji. Starał się wieść w miarę normalne życie towarzyskie, utrzymywał kontakty ze znajomymi i przyjaciółmi, chodził na bale i pokazywał się we wszystkich modnych warszawskich lokalach, ale tak naprawdę wegetował. Żeby nie pogrążyć się całkowicie w maraźmie, zaczął pisać w 1954 roku dziennik, który później zostanie wydany pod tytułem ,,Dziennik 1954". Jest to chyba jedno z najwybitniejszych dzieł Tyrmanda, opisując zaledwie trzy miesiące swojego życia tworzy barwną panoramę warszawskiego życia kulturalnego i społecznego, życia bez retuszu i na wskroś prawdziwego. I wypada żałować, że ,,Dziennik 1954" obejmuje tylko trzy miesiące a nie trzy lata.

Tyrmand przerwał pisanie swojego dziennika, gdyż wydawnictwo Czytelnik zaproponowało mu napisanie powieści sensacyjnej o chuliganach i bikiniarzach. Był to znak, że oto zbliża się zmiana koniunktury, później nazywana odwilżą. Poluzowano wtedy uścisk jakim trzymano kulturę, pozwalano na poruszanie szerszego spektrum tematów. Pisarze dotychczas zepchnięci na margines, dostawali szansę ponownego zaistnienia, z której Tyrmand oczywiście skorzystał i wziął się energicznie do pracy. Efektem była wydana w grudniu 1965 roku powieść o przewrotnym tytule ,,Zły", opowieść, w której talent autora do snucia porywających, pełnych humoru i energii opowieści łączył się harmonijnie z jego zamiłowaniem do opisywania warszawskiego życia w jego pełnej krasie. Głównym bohaterem książki jest zatem nie tylko tajemniczy mściciel broniący słabszych przed miejskim półświatkiem, ale i restauracje, bary, spelunki, kina, zaułki, jednym słowem powojenna stolica, piękna i niebezpieczna zarazem. Przez krytyków ,,Zły" został przyjęty raczej chłodno, krążyły na przykład opinie, że Tyrmand to ,,Balzac dla gówniarzy", choć byli i tacy, których jego proza zachwyciła, między innymi Stefana Kisielewskiego, Tadeusza Konwickiego czy przebywającego na emigracji Witolda Gombrowicza.

Zupełnie inaczej ,,Złego" przyjęli czytelnicy, po śmiertelnie nudnej socrealistycznej estetyce, ta powieść była jak powiew świeżego powietrza. Czytali wszyscy bez względu na środowisko z jakiego się wywodzili, nie było w powojennej Polsce książki, o której byłoby tak głośno. Był to sukces tym większy, że został osiągnięty w epoce, w której nie było jeszcze głośnych imprez promocyjnych, zapewniających przynajmniej jednosezonową popularność. Wymagał od autora nie tylko znakomitego warsztatu literackiego ale i lekkiego pióra oraz umiejętności pisania dla przeciętnego człowieka, tak aby odczuwał z czytania autentyczną przyjemność. Tą sztukę Tyrmand opanował do perfekcji, budząc podziw i zazdrość tych, którzy choć pisarzami byli znakomitymi nie cieszyli się takim uznaniem czytelników. Może właśnie stąd brały się niepochlebne opinie niektórych krytyków.

Życie Leopolda Tyrmanda uległo wyraźnej poprawie, ożenił się (dwukrotnie), kupił samochód i zajął się organizowaniem imprez jazzowych, napisał też książkę o tej muzyce: ,,U brzegów jazzu" . Sporo podróżował też za granicę , gdzie nawiązał kontakt z Jerzym Giedroyciem redaktorem paryskiej ,,Kultury", otrzymał także w 1959 roku stypendium Departamentu Stanu USA jako ważna osoba opiniotwórcza. Mogłoby wydawać się, że będzie już tylko lepiej, ale PRL wciąż było państwem obozu socjalistycznego, a żelazna kurtyna mogła zostać na jakiś czas uchylona, ale jeszcze wtedy nie opadła. W Polsce po okresie względnego rozluźnienia zaczynał się czas tzw. dokręcania śruby, czyli brania w karby tych, którzy w swoim liberalizmie posuwali się, zdaniem władz, za daleko. W przypadku Tyrmanda szczególnie drażniły jego kontakty z korespondentami zachodnich gazet i częste wizyty w ambasadach, nie mówiąc już o tym, że pozostawał hardy i egocentrycznie niepokorny, czym zraził do siebie środowisko literackie. Zaczęły się zatem represje, odmówiono dalszych wznowień ,,Złego", cenzura zatrzymywała mu kolejne książki, a na domiar złego odmawiano mu wydania paszportu, przez co skończyły się jego zagraniczne wojaże. Ale chyba najbardziej boleśnie odczuł wstrzymanie jego powieści: ,,Życie towarzyskie i uczuciowe", w której ostro piętnował postawy moralne przedstawicieli elit twórczych, zwłaszcza ich serwilizm wobec władzy. Fragmenty tej książki zostały opublikowane w ,,Kulturze" i przyczyniły się do zaostrzenia animozji między Tyrmandem a środowiskiem intelektualistów. Ostatnią powieścią, jaką wydaje w kraju jest ,,Filip" (1961 rok), ocenzurowana, ukazuje się tylko dzięki pomyślnemu zbiegowi okoliczności. końcu uznano chyba, że Tyrmand za granicą będzie mniej szkodliwy niż w kraju i w roku 1965 otrzymał upragniony paszport, wyjechał bezzwłocznie. Przez parę miesięcy podróżował po Europie, w Paryżu odnowił znajomość z Jerzym Giedroycem, pojechał także do Izraela spotkać się z matką, której nie widział od zakończenia wojny.

Prawdopodobnie wahał się jeszcze, czy wyemigrować na stałe, decyzję uzależniał od wydania w Polsce ,,Życia towarzyskiego i uczuciowego", na co nie było oczywiście szans. Kiedy sobie to uzmysławia ostatnie wątpliwości znikają, wciąż przysługiwało mu stypendium z USA, do tego miał miejsce w ,,Kulturze". Zamienił tylko bilet samolotowy na miejsce w greckim statku, prawdopodobnie po to aby do Ameryki przybyć jak pierwsi emigranci drogą morską. Wyłaniający się zza horyzontu widok statuy wolności otwierał nowy okres w życiu Leopolda Tyrmanda.